Zalipie – najbardziej instagramowa wieś w Polsce

Z Karoliną poznajemy się na lotnisku Kennedy’ego w Nowym Jorku. Nieco zestresowane, czekamy w kolejce do kontroli paszportów. Za tą bramką, po krótkiej rozmowie z celnikiem, zacznie się nasza roczna przygoda w USA. Nieco później zostajemy dobrymi przyjaciółkami na obczyźnie i wspólnie odkrywamy nie jedną część Ameryki Północnej. Przyjaźń ta ma przetrwać również po powrocie do Polski, bo okazuje się, że wiele nas łączy: obie mieszkamy na południu, lubimy podróżować, a odwiedzane przez nas miejsca opisujemy na swoich blogach (tu znajdziesz wpisy Karoliny).

Jeszcze w USA rozmawiamy o uroczej wsi Zalipie, którą niedawno okrzyknięto „najbardziej instagramową wsią w Polsce”. Wszystko za sprawą malowniczych domów, które mieszkańcy ozdabiają w kolorowe wzory w kwiaty. Nie wiedzieć czemu, Karolina myśli, że wieś ta leży gdzieś na północy Polski, a ja nawet się nie kwapię, żeby to sprawdzić. Kiedy już obie jesteśmy z powrotem w Polsce, dostaję od niej wiadomość: przyjeżdżaj do Bochni, Zalipie jest od nas rzut beretem.

Długo się nie zastanawiam. Pakuję swój „weekendowy” plecak i jadę do domu swojej przyjaciółki. I tak w sobotę spacerujemy po Bochni, by nieco później wspominać życie w Ameryce nad wielkim pucharem lodów, (przez który będę mieć potem anginę, ale to już inna historia). Wieczorem serwujemy sobie seans filmowy z butelką czerwonego wina. Fajnie jest się spotkać po długich miesiącach i trochę poplotkować.

Rankiem w niedzielę budzą nas promienie ciepłego, lipcowego słońca. Dopisują nam więc humory i mamy sporo energii na zbliżającą się przygodę. Karolina zabiera samochód, a po drodze dołącza do nas jeszcze jedna jej koleżanka. Nastawiamy GPS i już jesteśmy na trasie do wioski Zalipie, którą już dawno wrzuciłyśmy na swoją listę „miejsc do odkrycia”.

Wyglądam przez szybę samochodu. Lubię patrzeć na uciekające za nią drzewa, a już zwłaszcza przy zachodzie słońca, gdy jego pomarańczowe wtedy światło mruga między gałęziami. Na to muszę jeszcze jednak trochę poczekać. Zamiast tego miga mi po drodze – SŁOŃ! Ale jak to słoń w Polsce?! Jego figura pręży się dumnie koło stadionu drużyny piłkarskiej Termalica. Jedziemy bowiem przez miejscowość Nieciecza, której symbolem od dawna jest słoń. Nieco później trafił on do logo firmy Bruk-Bet, która obecnie jest ważnym sponsorem klubu.

Po godzinie jazdy jesteśmy na miejscu i zaczynamy szukać kolorowych domków. Spodziewałyśmy się jakiegoś skupiska, a tymczasem domki porozrzucane są po całej wiosce. Zatrzymujemy się przy białej chatce, z niebieskimi drzwiami i okiennicami. Wygląda na opuszczoną i chociaż nie jesteśmy tego pewne, to jednak spokojnie podchodzimy i robimy sobie zdjęcie. To właśnie ona wyskakuje jako pierwsza w przeglądarce Google po wpisaniu hasła Zalipie. Wzory w kwiaty ma nawet studnia na froncie domu.

Zostawiamy samochód i dalej idziemy już pieszo. Tym razem oglądamy prywatne domy, które ludzie malują „na wyścigi”. Każdego roku po święcie Bożego Ciała organizowany jest konkurs na najlepiej pomalowaną zagrodę.

– Zapraszam dziewczęta. Wchodźcie i oglądajcie – dobiega nas tajemniczy głos z jednego z ogrodów.

Nie widzimy osoby, która do nas woła, więc nieśmiało naciskamy klamkę furki od prywatnej posesji. W altance ukrytej pod drzewami siedzi staruszka. Jej ubrania oraz okrągły kapelusz zdobią oczywiście kwiaty. Kwieciste wzory są również na ścianach domu i zagrody, ale też dzbankach, starej maszynie do szycia, czy nawet budzie dla psa.

– Chodźcie do środka. Pokażę wam kuchnię – uśmiecha się zachęcająco właścicielka.

Już w pierwszej chwili wiem, że pomieszczenie przypomina raczej małe muzeum, niż zwykłą, polską kuchnię. Kwiaty zdobią każdy najmniejszy przedmiot. Talerze, dzbanki, serwetki, solniczki, donice. Można wymieniać bez końca. Nowa kuchenka, czy lodówka wyglądają na ich tle nieco komicznie. Jak niepasujące elementy kolorowej układanki.

– My tu malujemy wszystko – tłumaczy nam pani Danuta, właścicielka posesji. Na ścianie wisi dyplom za zajęcie I miejsca w 54. konkursie „Malowana chata”. – Dzieci się wyprowadziły, czasami ciężko o pracę, więc malujemy wszystko, co wpadnie nam w ręce.

Później takie przedmioty mieszkańcy sprzedają odwiedzającym ich turystom jako pamiątki. My grzecznie odmawiamy, ale dajemy pani Danucie drobną opłatę za jej serdeczną gościnność i krótką lekcję historii. Nasza gospodyni opowiada, że tradycja malowania chat wywodzi się z pod końca XIX wieku. Prekursorką ozdabiania wiejskich izb była artystka ludowa Felicja Curyłowa, w której zagrodzie mieści się teraz muzeum. Niestety w czasie, w którym odwiedzamy Zalipie, trwa remont obiektu. Żegnamy się więc z panią Danutą i wracamy w stronę samochodu, by tym razem podjechać pod „Dom Malarek”.

W „Domu Malarek” mieści się Gminny Ośrodek Kultury. Spacerujemy wokół budynku, obok którego znajduje się kolejna kolorowa chatka. Jest też studnia z żurawiem, którą oczywiście zdobią kwiaty, oraz wielki kwiecisty zegar słoneczny. W środku budynku możemy podziwiać stary piec, jaki miała kiedyś moja prababcia. Pamiętam jak razem z siostrą piekłyśmy u niej podpłomyki na rozgrzanej blasze. Jest też wielki żyrandol zrobiony z kolorowych kwiatów z bibuły. To kolejna forma ludowej sztuki, jaką trudzą się mieszkanki wsi.

Na pożegnanie kupujemy widokówki i z sentymentem żegnamy się z uroczą wioską. W drodze powrotnej wstępujemy jeszcze do Kościoła, w którym właśnie skończyła się msza. Ściany, kolumny i święte obrazy ozdabiają oczywiście kwieciste wzory i kwiaty z bibuły. Jaka cudowna wieś, myślę sobie. Może nie zawsze w życiu jest łatwo, ale mieszkańcom Zalipia na pewno żyję się bardziej „kolorowo”.