Trzy miesiące w USA: Miejsca, które zwiedziłam i czego nauczyli mnie Amerykanie

O tym dlaczego przyleciałam do USA, pisałam już wcześniej (tutaj), ale jak to się właściwie zaczęło? Kiedy jeszcze studiowałam w Krakowie, moja współlokatorka i koleżanka z roku, Ania, jako pierwsza rozważała wyjazd na program Au Pair in America (wybrała się nawet na spotkanie informacyjne). W lipcu obroniłyśmy licencjat i Ania ostatecznie wyleciała do Ameryki, ale… Południowej. Ja z kolei chciałam jeszcze raz wyjechać, żeby doszlifować swój angielski i zdobyć nowe kwalifikacje. Zycie w obcym kraju i kulturze miało mi również pomóc lepiej poznać siebie i podjąć konkretne plany na przyszłość. Byłam już w Anglii i Irlandii, więc w opcję wchodziły USA i Nowa Zelandia. Ostatecznie wylądowałam pod Nowym Jorkiem, wypełniając plan swojej przyjaciółki i obiecując w zamian pocztówki z każdego odwiedzanego przeze mnie miejsca.

Każdy dzień mojego życia w Stanach jest inny, dlatego nie mogę narzekać na monotonię, a czas mija mi dzięki temu niezwykle szybko. Dokładnie dzisiaj wybiły trzy równe miesiące, odkąd mieszkam w USA. Z tej okazji chciałam się tobą podzielić miejscami, które do tej pory odwiedziłam i rzeczami, jakich się nauczyłam od Amerykanów. Oczywiście jest ich o wiele więcej, ale żeby nie zanudzać, postanowiłam wybrać tych pięć najważniejszych. Być może zainspirują cię do działania, albo chociaż zmuszą do chwili refleksji i podejścia do pewnych spraw od innej strony.

5 MIEJSC, których odwiedziłam w USA:

  1. Nowy Jork 

    IMG_0892

    W Nowym Jorku zaczęła się moja przygoda w USA i właśnie obok tego miasta było mi dane zamieszkać. Kiedy tylko mam ochotę, wsiadam w pociąg i w ciągu godziny jestem na Grand Central. Nowy Jork jest tak ogromny, a przy tym niezwykle multikulturowy, że nigdy się nie nudzę i zawsze jest w nim co robić. Do tej pory udało mi się wyjechać na 70-te piętro Top of The Rock i podziwiać nocą drapacze chmur na Manhattanie, zobaczyć strefę zero pozostałą po katastrofie wież World Trade Center, odkryć wiele czarujących miejsc w Central Parku, usiąść na czerwonych schodach na Times Square czy przejechać się charakterystyczną żółtą taksówką.

  2. Filadelfia 

    IMG_1555.JPGW Filadelfii byłam dwa razy. Za pierwszym razem niecałe dwie godziny, podczas których udało nam się zobaczyć The Independence Hall (miejsce narodzin Ameryki) i sławny Liberty Bell oraz zjeść szybki lunch. Wróciłam tam jednak ze swoją amerykańską rodziną. Dzień zaczęliśmy od Instytutu Franklina, gdzie między innymi spacerowaliśmy tropem układu krwionośnego wewnątrz gigantycznego serca. Nasz hotel znajdował się blisko Muzeum Tadeusza Kościuszki (więcej w poście tutaj) oraz Polsko-Amerykańskiego Centrum Kultury, które niestety tego dnia było zamknięte. Po południu wybraliśmy się więc na spacer w porcie, by zakończyć nasz dzień jeszcze raz pod Dzwonem Wolności. Filadelfia urzekła mnie swoimi uroczymi uliczkami, a także była miłą odskocznią od zgiełku i hałasu Nowego Jorku.

  3. Waszyngton 

    IMG_0505Czyli stolica Stanów Zjednoczonych i siedziba Białego Domu, w którym jeszcze do jesieni będzie mieszkał Barack Obama. To właśnie tam rozpoczął się nasz dzień w Waszyngtonie. Kolejnym przystankiem był Pomnik II Wojny Światowej, z wielką fontanną pośrodku i Lincoln Memorial w tle, który notabene widnieje na odwrocie pięciodolarówki. Do miasta przyjechaliśmy akurat w sezonie zakwitania drzew wiśniowych (ok. 2000 w samym centrum), które w wyobraźni przeniosły nas na krótką chwilę do Japonii. Mijaliśmy je w drodze do Pomnika Jeffersona, a także podziwialiśmy z pokładu statku, którym płynęliśmy po rzece Potomac. Dzień zakończył się pod Kapitolem, siedzibą Kongresu Stanów Zjednoczonych.

  4. Delaware Water Gap 

    IMG_1186.JPGTo piękny rezerwat na granicy New Jersey i Pensylwanii. Był to mój pierwszy hiking w Stanach Zjednoczonych, na dodatek zakończony ciekawą przygodą (do relacji z wyprawy możesz wrócić tutaj).

  5. Mohonk Preserve 

    13081682_1160138757330269_1517077355_n.jpg
    Tego dnia odkrywaliśmy uroczy rezerwat w stanie Nowy Jork. Dzień zaczęliśmy na jeziorze Mohonk, decydując się na łódkę z wiosłami zamiast wodnego rowerka. Za kolejny cel obraliśmy sobie dotarcie do białej wieży, która dumnie piętrzyła się na szczycie pobliskiej góry. Żeby się tam wspiąć, musieliśmy się przedzierać przez wąskie tunele i jaskinie, które co jakiś czas wypuszczały nas na zewnątrz, odsłaniając niezwykły widok na okolicę. Cisza przerywana odgłosami natury, świeże powietrze i wesołe towarzystwo pozwoliło nam naładować baterię na kolejny pracowity tydzień.

5 RZECZY, których nauczyłam się od Amerykanów: 

  1. Wartość rozmowy 

    Wychowana w Polskiej kulturze, gdzie rzadko się otwieramy przed innymi i niechętnie dzielimy swoimi uczuciami, właśnie to wywoływało we mnie na początku dziwne uczucie. Amerykanie kochają rozmawiać, a jeśli nie zadajesz pytań, albo nic nie opowiadasz o swoim życiu, to znaczy, że masz jakiś problem, który oni chcieliby ci pomóc rozwiązać. Gdziekolwiek wychodzę: na plażę, jogging, siłownię, czy ze znajomymi na miasto, zawsze potem słyszę pytanie – jak było? Nawet jeśli na plaży byłam już dziesięć razy, a na siłownię zapisałam się trzy miesiące temu, oni chcą po prostu wiedzieć, czy dobrze się bawiłam danego dnia.

  2. Dystans do swojego wyglądu 

    W Polsce ciężko mi było wyjść nawet do wiejskiego sklepu bez makijażu. Tymczasem ludzie tutaj czasami jadą do supermarketu w piżamie, a idąc na siłownię, są już przebrani w sportowy strój do ćwiczeń. Amerykanie pomogli mi wyluzować. Nie przejmuje się już co myślą inni, kiedy noszę na sobie taki, czy inny strój. Oczywiście nie pójdę raczej do sklepu w piżamie, ale chodzi o to, żeby ubrania były czyste i schludne, a nie koniecznie drogie i modne. Kiedy idziesz na siłownię i masz zamiar się spocić, po co ci makijaż? A po wysiłku – po co tracić czas na malowanie, skoro zaraz po powrocie do domu będziesz brać prysznic? Bardzo dobrze, niech widzą, że dałeś sobie wycisk, a nie spędzasz całe dnie przed telewizorem. Zamiast dużo i tandetnie, lepiej mało i naturalnie.

  3. American-English 

    Całe życie uczyłam się w szkole brytyjskiej odmiany języka angielskiego. Mieszkałam też w Irlandii i Anglii (na dodatek w Liverpoolu musiałam się zmierzyć z  lokalnym slangiem, tzw. Scouse), więc do tej pory nabywałam wyłącznie wyspiarskie słownictwo. Tymczasem przyleciałam do USA i nagle okazało się, że cinema to movie-theater (pl. kino), a petrol to gas (pl. paliwo). Na początku było trochę z tym komplikacji, ale na szczęście moja amerykańska rodzina była cierpliwa i to właśnie od nich się najwięcej nauczyłam. Z pewnością przyda mi się to doświadczenie w przyszłości!

  4. Zdrowe nawyki żywieniowe 

    Kiedy wylatywałam do Stanów, znajomi ostrzegali mnie: zobaczysz, po tych wszystkich hamburgerach w McDonaldzie wrócisz dwa razy większa. To prawda, że Amerykanie mają największy odsetek otyłych osób na świecie, ale z drugiej strony mnóstwo mieszkańców ma odchylenie w tą drugą stronę: wszystko co jedzą musi być healthy, non-fat czy organic. Zdarza nam się oczywiście mieć pizzę na obiad, czy naleśniki z syropem klonowym na śniadanie, ale zawsze w domu jest mnóstwo świeżych owoców i warzyw, mlecznych produktów, owsianki i batoników muesli , czy naturalnej wody z zimnymi kostkami lodu. Tak, to nie żart! W USA jem lepiej niż w Polsce.

  5. Kontemplacja przyrodyStany Zjednoczone leżą w prawie każdej strefie klimatycznej, w których można się natknąć na wszelkie formy przyrody. Kamieniste wybrzeża Maine, tropikalna roślinność Florydy, Wielki Kanion Kolorado, czy suche pustynie w Teksasie to tylko niektóre piękna, jakie wyczarowała matka natura. Mówi się, że Amerykanie spędzają dużo czasu przed telewizorem, ale równie dużo poświęcają na podróże po swoim kraju i odkrywanie piękna przyrody. Ja dzięki swojej pracy w Stanach, spędzam mnóstwo czasu na zewnątrz. Na dodatek w tygodniu często jadamy posiłki na werandzie, a w weekend prawie zawsze grillujemy kiełbaski i warzywa z sąsiadami. To nauczyło mnie doceniać śpiew ptaków w parku, szum wody w oceanie, powiew chłodnego wiatru we włosach czy promienie ciepłego słońca na twarzy. Coś czuję, że po powrocie do Polski już nigdy nie będę chciała pracować w galerii handlowej.