„Szczęki” w RPA, czyli wersja prawie prawdziwa

Wstałam o godzinie 4:30. Za oknem było jeszcze ciemno. Nie musiałam się malować, ani upinać włosów, więc wsunęłam tylko jeansy i narzuciłam na ramiona koszulę. Międzyczasie wypiłam czarną kawę, odpuszczając sobie większe śniadanie. Później miało się okazać, że podjęłam słuszną decyzję.

Kierowca odebrał nas z lobby hotelu. Razem osiem osób. Jechaliśmy w stronę oceanu, długą, prostą autostradą w otoczeniu zielonych pagórków. Nie byłam jeszcze w Szkocji, ale patrząc na ten krajobraz, właśnie tak ją sobie po części wyobrażałam. Wtedy jednak mijaliśmy biedne, afrykańskie fawele. Blaszane domki, czy też może lepiej powiedzieć baraki, piętrzyły się na tych zielonych pagórkach i szybko zdałam sobie sprawę, że nie jestem w Szkocji.

Na miejscu przebraliśmy się w długie, piankowe stroje do nurkowania. W końcu wyszło słońce, więc rozbudziliśmy się po wczesnym poranku i humory zaczęły nam dopisywać. Wspólnymi siłami zepchnęliśmy małą motorówkę, która cumowała na plaży w stronę wody. Wskoczyliśmy do jej środka i zaczęła się szalona jazda po oceanie.

Wystawiłam twarz do słońca. Wiatr dzwonił mi w uszach i mieszał się z rykiem dwóch silników Yamahy, napędzających motorówkę. Fale rozbijały się o burtę, a małe drobinki wody opadały na oczy, nos i usta. Popatrzyłam na resztę załogi. Na każdej buzi malował się szeroki uśmiech. Nawet zaczęliśmy żartować, że właśnie tak zaczynają się wszystkie horrory. Grupa wesołych przyjaciół udających się na wspólną wycieczkę.

Oddaliliśmy się już od brzegu o kilka kilometrów, kiedy zdałam sobie sprawę, że jestem w małej motorówce na środku głębokiego oceanu. Woda przybrała ciemnogranatowy odcień. Silniki zostawiały za nami pieniący się ślad, znacząc drogę, którą przed chwilą przepłynęliśmy.

W końcu na horyzoncie pojawiła się druga, taka sama motorówka. W oddali widać było kilka sylwetek. Zatrzymaliśmy się, a kapitan naszej małej łajby dał nam dalsze instrukcje. Podpływając bliżej, zobaczyłam jednego z turystów, wiszącego na burcie. Był cały blady i wyglądał, jakby miał za chwilę zwymiotować. Biedny, pomyślałam.

Zamieniliśmy motorówki. Pierwsza grupa odpłynęła i teraz miała się zacząć nasza przygoda. W tafli wody widziałam wynurzające się co jakiś czas trójkątne płetwy rekinów. Otaczała nas ich cała gromada, zupełnie jak w jakimś filmie. Mężczyźni wrzucali im coś na przynętę z wiaderka.

Zdecydowałam, że zostanę w klatce. Po pierwsze nigdy nie próbowałam snorklingu, a instruktor dał nam jasno znać, że musimy mieć choć minimalne doświadczenie. Po drugie nie wiedziałam jak zachowam się na głębokiej wodzie. W końcu nauczyłam się pływać zaledwie dwa lata temu i nadal trochę panikuję jak nie czuję dna na basenie.

Woda była zadziwiająco ciepła jak na ocean, a może to efekt naszych piankowych strojów. Jeden z instruktorów pomógł mi wejść do klatki i uchwyciłam się cienkich szczebelek. Raz, dwa, trzy, głęboki wdech i zanurzamy się pod wodę. WOW! Świat jakby się na chwilę zatrzymał. Woda zatkała mi uszy, więc przestałam cokolwiek słyszeć. Wielki rekin przesunął się zaledwie kilka centymetrów od mojej twarzy.

Rekiny otaczały mnie z każdej strony i było ich co najmniej dwadzieścia. Podziwiałam ich trójkątne głowy, drapieżne zęby i te białe oczy, pozbawione wszelkiego wyrazu. Wiele z nich miało „przyczepione” do siebie małe rekiny, które pływały za swoimi mamami. Za każdym razem, kiedy zanurzałam głowę po zaczerpnięciu powietrza, zdawały się być jeszcze bliżej.

Po jakimś czasie zaczęło mi się robić niedobrze i zdałam sobie sprawę, że dopada mnie choroba morska. Szybko zatęskniłam za stałym lądem, ale szkoda mi było opuszczać rekiny. Zanurzyłam się jeszcze kilka razy, choć wiedziałam, że długo nie wytrzymam. Zrobiło mi się słabo i czułam, że mogę zwymiotować.

Uznałam w końcu, że nacieszyłam się nowym doświadczeniem i wróciłam na motorówkę. Ona jednak także kołysała się na falach, a mój żołądek czuł się coraz gorzej. Pomyślałam o tym turyście, który nieco wcześniej wisiał na burcie. W końcu natura wygrała, a ja idąc jego śladem, zwymiotowałam do oceanu. Jak dobrze, że rano wypiłam tylko kawę!

Kiedy wróciła reszta grupy, ocean zebrał jeszcze dwie ofiary. Blade jak ściana, z trudem siedziałyśmy na motorówce i trzymałyśmy się zabezpieczających linek. Kiedy tylko ruszyliśmy w szaloną drogę powrotną, choroba minęła w mgnieniu oka.

Zaszło słońce, a woda miała teraz odcień grafitu. Nie żałowałam tej szalonej przygody, ale z drugiej strony chciałam być już z powrotem na plaży. Zdecydowanie wolę brodzić w śniegu po kolana w górach, niż być w małej motorówce na otwartym oceanie. Z ulgą przywitałam więc stały ląd. Gdy tylko stanęliśmy na twardym podłożu, choroba odeszła już na dobre. Jednak wspomnienia tego dnia, zachowam ze sobą na zawsze.