Spotkajmy się jeszcze raz, czyli zlot Erasmusów w Pradze

„Once Erasmus, always Erasmus”.
Autor nieznany

Erasmusem zostaję oficjalnie w 2014 roku, kiedy pewnego wrześniowego dnia ląduję na lotnisku Shannon w Irlandii. Zielona wyspa, jak ją nazywamy w Polsce, ma być moim domem przez kolejne cztery miesiące – tyle mniej więcej trwa semestr na Uniwersytecie w Limerick. Oprócz dziennikarskiej wiedzy i szlifowania języka angielskiego, liczę na coś jeszcze – międzynarodowe przyjaźnie, które przetrwają na długie lata. Udaje się!

I tak trzy lata później wsiadam w Polskiego Busa, który za 39 zł wiezie mnie do Pragi. Podróż z Krakowa zajmuje mniej więcej siedem godzin, a ja mam dla siebie szczęśliwie dwa miejsca, na których przyjmuje wszystkie możliwe pozycje jogi, by chociaż trochę się przespać. Jadę na zlot studentów z Limerick, który organizuje jeden z moich irlandzkich przyjaciół. Po kilku latach znów spotkam stare twarze i zawiąże nowe znajomości. A to wszystko spędzając trzy intensywne dni w uroczej Pradze.

Trochę się stresuję, bo dawno nie byłam w nie-anglojęzycznym kraju. Wiem jednak, że w razie potrzeby, będę mówić po polsku. Moja najlepsza koleżanka w Stanach była Czeszką i czasami próbowałyśmy rozmawiać w swoich językach. Wiele słów ma podobny wydźwięk, albo są wręcz identyczne. Ponadto pierwszy raz korzystam z przywileju zniesienia roamingu przez Unię Europejską. Wchodzę na przeglądarkę internetową i kontaktuję się ze znajomymi, a także używam mapy, nie bojąc się gigantycznych naliczeń za korzystanie z telefonu za granicą.

Jest godzina siódma, kiedy mój autobus dociera na dworzec autobusowy Florenc. Wiem, że to zaledwie kilka minut drogi od mojego Airbnb, jednak mogę się w nim zameldować dopiero od godziny 11.00. Idę więc z walizką do centrum, zadzierając wysoko głowę i podziwiam kolorowe kamienice Pragi. Czuję się trochę jak w Krakowie, więc obawy, które miałam wcześniej, szybko znikają. Zamawiam kawę i zanurzam się na jakiś czas w kartkach książki, póki mam jeszcze krótką chwilę zupełnie dla siebie.

Zwiedzanie Pragi zaczynamy od rynku i Ratusza Staromiejskiego, gdzie znajduje się słynny zegar astronomiczny. Budynek jest remontowy, ale na szczęście tarcza XV-wiecznego zegara pozostała odsłonięta. Powoli kierujemy się wąskimi uliczkami na most Karola, który jest najstarszym mostem kamiennym na świecie. Z trudem przeciskamy się przez zwartą masę turystów i nawet żartuję do swojego przyjaciela, że czuję się jak z powrotem na ulicach Nowego Jorku. Na moście jest pełno ulicznych artystów. Niektórzy grają na skrzypcach, inni malują portrety i karykatury, a pozostali sprzedają swoje rękodzieła.

Po drugiej stronie rzeki Wełtawa wchodzimy w dzielnicę Mala Strana, którą polecała mi zwiedzić moja czeska przyjaciółka. Miała rację – są tu piękne, kolorowe domy,  prezentujące wszystkie style od gotyku do baroku. Wszędzie pełno knajp i restauracji oraz sklepików, gdzie można kupić drewniane zabawki, wysokiej jakości produkty ze szkła, czy praskie kukiełki. Malownicze uliczki wiją się często w górę po zboczach Hradczan i Petřina. Unoszące się wokół zapachy prowadzą nas najczęściej do niewielkich knajpek, gdzie sprzedają węgierskie kołacze w praskim wydaniu.

Po dłuższej przerwie na lunch, docieramy do budynku Clementinum, gdzie znajduje się Narodowa Biblioteka. Niestety jest zamknięta, bo trwa remont, a ja jestem mocno rozczarowana, gdyż na zdjęciach w internecie robi wspaniałe wrażenie. Spacerujemy w zamian po dzielnicy żydowskiej, by ostatecznie trafić do Muzeum Piwa. Czesi są znani z produkcji tego trunku, a my mamy okazję, by poznać etapy  jego wytwarzania od środka. Na koniec każde z nas dostaje cztery piwa do degustacji. Zaczynamy od najbardziej jasnego, kończąc na ciemnym, o którym barman mówi „praski Guinness”.

W drodze do hostelu zatrzymujemy się jeszcze pod pomnikiem Franza Kafki, żydowskiego pisarza, ściśle powiązanego przez całe życie z Pragą. Ogromna 11-metrowa głowa pisarza została wykonana z metalowych elementów, które znajdują się w ciągłym ruchu. Efekt ten miał obrazować jego pełną sprzeczności twórczość. Robimy pamiątkowe zdjęcie i wracamy do naszego Airbnb, by szybko się odświeżyć i dołączyć do naszych znajomych. Wieczór spędzamy w praskich pubach, wspominając beztroski czas na Uniwersytecie w Limerick. Niektórych widzę pierwszy raz od trzech lat, innych dopiero poznaję. Cieszymy się chwilą i tym, że możemy spędzić razem czas w pięknej Pradze.

W sobotę rano jemy śniadanie w modnej kawiarni Café Louvre, gdzie przesiadywała kiedyś czeska elita. Jesteśmy w towarzystwie naszych trzech przyjaciół z Czech, a ja z dużą ciekawością wypytuję ich o lokalne tradycje, naturę ich rodaków, czy to co mają codziennie na talerzu. Wspólnie przechodzimy znów na drugą stronę rzeki, by pospacerować po parku Kampa. Jest tam wystawa zdjęć obrazujących wielką powódź z 2002 roku. Ogrom zniszczeń przeraża. Miasto dosłownie znalazło się pod wodą.

Wolnym krokiem wspinamy się w górę, błądząc między wąskimi uliczkami, by na koniec dotrzeć do Pałacu Wallensteina. Obecnie jest to również siedziba Senatu Republiki Czeskiej, której bramy strzegą nieruchomi strażnicy. Przypomina mi to trochę scenę z pod Pałacu Buckingham w Londynie. Ich stroje jednak znacznie się różnią. W każdym razie naszą uwagę przykuwa bardziej widok na miasto, jaki roztacza się z wierzchołka wzgórza. Niekończący się labirynt pomarańczowych dachów robi naprawdę spore wrażenie.

Po dwóch dniach ciągłego spacerowania mamy już obolałe nogi, więc po raz pierwszy wsiadamy w metro, by wrócić w okolice swojego hostelu. Idziemy do restauracji Havelská Koruna, gdzie próbuję swoich sił w języku czeskim.

– Malá kulajda, prosím. Děkuji.

Pani się uśmiecha i nalewa mi zupę, a ja domawiam jeszcze drugie danie: sznycel polany grzybowym sosem i ziemniaki.  Ciepły posiłek przydaje się, kiedy wieczorem ruszamy całą grupą na popularny w Irlandii „pub crawl”. Celem jest odwiedzenie jak największej ilości pubów i wypicie w każdym z nim przynajmniej jednego drinka bądź tzw. pinta, czyli po prostu kufla dobrego piwa. My mamy też pewne reguły, a najważniejsza z nich to zakaz używania telefonów. Po każdym takim przystanku robimy grupowe zdjęcie. Ciekawe tylko dlaczego jest na nich coraz mniej i mniej osób… 😉

W niedzielę ze swoim indyjskim przyjacielem ruszam po raz ostatni do centrum Pragi. Za 10 euro zwiedzamy dwa muzea. Muzeum Figur Woskowych Madame Tussauds, gdzie piję między innymi mojito z Georgem Clooney’em oraz Muzeum Tortur, gdzie oglądamy dawne urządzenia do zadawania bólu. Nieco później dołączamy do reszty osób, by razem wspiąć się na wzgórze Petrin. Część grupy idzie pieszo, a pozostali jadą naziemną kolejką linową, po której co 10-15 minut kursują wagoniki. Na szczycie wspinamy się na praską „Wieżę Eiffla”, z której rozciąga się wspaniały widok na miasto.

Powoli dobiega końca nasza przygoda w Pradze. Co chwilę nas ktoś opuszcza, biegnie na lotnisko, autobus. Pożegnań nie ma końca. Robi się sentymentalnie, ale wiemy, że to nie nasze ostatnie spotkanie. Już dzień wcześniej wspólnie ustaliliśmy, że zobaczymy się ponownie. Kto wie, może tym razem Kraków?

  • hermiona158

    Praga jest piękna, byłam 3 razy i podejrzewam, że jeszcze wrócę 🙂 jak byłam z koleżnkami to miałyśmy plan wjechać na wzgórze Petrin, ale niechcący na nie wyszłyśmy 😀 a potem jeszcze dotarłyśmy na Hradczany i jeszcze pod metronom. Wszystko w czasie jednego spaceru, także już mi nie wierzą jak mówię, że niedaleko 😀
    nie byłam tam w żadnym muzeum za to, więc może następnym razem wybiorę któreś z polecanych przez ciebie 😉

    • Trochę trzeba się nachodzić, ale tak naprawdę do większości atrakcji można spokojnie dotrzeć pieszo 🙂

      • hermiona158

        To prawda 🙂 zwłaszcza jak się mieszka w miarę w centrum to większość ciekawych miejsc jest niedaleko 🙂