Sandomierz: Krótka historia o tym, jak odkrywaliśmy Krainę Ojca Mateusza

„Cudze chwalicie, 
Swego nie znacie, 
Sami nie wiecie, 
Co posiadacie.
A boć nie śliczne 
Te wioski liczne?
Ten kraj kochany?….

Kiedy mieszkałam w Krakowie ze swoją współlokatorką Anią, miałyśmy wspólny podróżniczy cel: każdego miesiąca odkryć nowe miejsce w Polsce. Byłyśmy wtedy na studiach i nie zawsze miałyśmy pieniądze, żeby jechać za granicę i poznawać obce kultury. Te krótkie wycieczki wypełniały nam więc czas między wielkimi podróżami. Najważniejsze jednak, dzięki nim mogłyśmy lepiej poznać naszą ojczyznę, dostrzec jej naturalne piękno i na nowo pokochać.

Ania mieszka teraz w Brazylii, a jej przygody możesz śledzić na blogu The Adventures of a Polish Girlgdzie dzieli się pięknymi zdjęciami z Ameryki Południowej. Ja jeszcze nie tak dawno spędziłam rok w Stanach Zjednoczonych, ale kiedy wróciłam do Polski, postanowiłam kontynuować naszą studencką tradycję. W ostatnie lato wybrałam się więc z przyjaciółmi do znanego dzisiaj jako miasto Ojca Mateusza – Sandomierza. Dla tych, którzy mieszkają w Krakowie, będzie to idealny kierunek na jednodniową wycieczkę.

Wybieramy auto, bo dla mnie to najlepszy środek transportu na krótki wyjazd. Wygodny i przede wszystkim nie jesteśmy uzależnieni od godzin transportu publicznego, który w niedzielę i tak rzadko kursuje. Po za tym możemy zapakować tyle rzeczy, ile tylko zmieści bagażnik. Kiedy zaś złożymy się na paliwo, wychodzi całkiem tanio.

Nie spieszymy się. Dzień zaczynamy od typowo turystycznej atrakcji, czyli Zamku w Sandomierzu. Budowla przechodziła wiele renowacji na przestrzeni ostatnich wieków, a jej najnowsza funkcja to Muzeum Okręgowe. W grubych murach zamku jest przyjemnie chłodno. Podłoga skrzypi pod moimi krokami. W środku jest korona Kazimierza Wielkiego i srebrne tace, na których być może jadał posiłki. Po chwili dochodzimy do pięknie odnowionej sali rycerskiej. Wyglądam przez jedno okno. Promienie słońca odbijają się w wijącej się pośród zieleni Wiśle. Już wtedy wiem, że to będzie piękny dzień.

Korzystając z okazji, że w Sandomierzu prawie wszędzie można dojść pieszo, zostawiamy samochód na parkingu pod zamkiem i idziemy na pobliski rynek. Na środku kwadratowego placu stoi zabytkowy ratusz. Robimy sobie zdjęcie, po czym siadamy w ogródku jednej z knajpek na poranną kawę. Obserwujemy ludzi. Akurat odbywa się jakiś festiwal i wszędzie na placu rozstawiono białe namioty. Podziwiam mijające nas meleksy, które wożą leniwych turystów. Wyglądają całkiem inaczej niż w Krakowie. Podoba mi się ich oryginalny styl retro.

Następny punkt naszej wycieczki to Brama Opatowska. Po drodze wpatruje się w każdego przechodzącego księdza. Albo to moja wyobraźnia, albo w Sandomierzu jest ich naprawdę dużo. Wiem, że nie wypatrzę wśród nich Ojca Mateusza, ale jakoś nie mogę się powstrzymać. W Sandomierzu jest też muzeum dla fanów serialu, jednak my sobie go darujemy. Tak naprawdę nigdy nie wgłębiałam się w ten serial i widziałam może dwa przypadkowe odcinki. Kontynuujemy więc nasz spacer.

Brama Opatowska to pozostałość po murach obronnych miasta. Za sześć złotych wspinamy się na jej szczyt, skąd możemy podziwiać piękny Sandomierz z lotu ptaka. Większość dachów pokrywa pomarańczowa dachówka. Wokół pełno zieleni i ponownie wijąca się na horyzoncie Wisła. Niebo jest dzisiaj jasno błękitne. Z tej wysokości ludzie wyglądają zaś jak małe mrówki. Bardo mi się ten widok podoba. W takich chwilach cieszę się, że jestem Polką, a nasz kraj skrywa naprawdę dużo klimatycznych miast i cudów natury.

Jeden z takich cudów natury, odkrywamy zaraz po zejściu na ziemię. Kilkaset metrów od rynku, wchodzimy w Wąwóz Świętej Królowej Jadwigi. Ma około pół kilometra długości, a jego wysokość w najwyższym punkcie sięga 10 metrów. Przyjemnie jest się skryć w cieniu drzew, po tym, jak na szczycie bramy nasze głowy spiekło słońce. Legenda głosi, że miejsce było wiele razy odwiedzane przez królową Jadwigę, która była częstym gościem w pobliskim Kościele św. Jakuba.  Z tego powodu wąwóz nazwano jej imieniem.

Kiedy wychodzimy na jego drugim końcu, jesteśmy prawie z powrotem na parkingu pod zamkiem. Na tym etapie postanawiamy zakończyć naszą przygodę z Sandomierzem. Wsiadamy znów w samochód i kierujemy się na pobliski Tarnobrzeg. Słońce już naprawdę mocno przypieka, więc nie mamy siły na dłuższe spacery po betonowych chodnikach w otoczeniu murów. W Tarnobrzegu, odwiedzamy więc tylko pomnik Bartosza Głowackiego, bohatera Bitwy pod Racławicami, o którym pisałam w poprzednim poście. Następnie zaopatrujemy się w zimne piwo i resztę pobytu spędzamy nad Jeziorem Tarnobrzeskim.

W drodze powrotnej zahaczamy jeszcze o Pacanów. Tak, tak, do miasta, gdzie chciał dojść Koziołek Matołek, a które rozsławił na całą Polskę Kornel Makuszyński. Obecność Koziołka widać tutaj na każdym kroku. Są jego pomniki, takie klasyczne, jak i te zrobione z kwiatów, jest na szyldach sklepów, ścianach domów, ogrodzeniach. Żałuję, że nie zarezerwowaliśmy wcześniej biletów do Centrum Bajki w Pacanowie. Śmiało można rzec, że to nasz taki polski Disneyland, przenoszący z powrotem w krainę wyobraźni i dziecięcych fantazji. Postanawiam jednak, że za kilka lat zabiorę tutaj swoją siostrzenicę. Podejrzewam, że będę się bawić jeszcze lepiej od niej.

Dzień dobiega końca, a my wracamy do Krakowa. Wyglądam przez okno. Słońce jest już nisko, a jego promienie przebijają się przez gałęzie drzew, stojących na poboczu drogi. To była szybka, ale bardzo przyjemna wycieczka. Właśnie to lubię w tych małych przerywnikach codzienności. Tani sposób na odkrycie nowych, pobliskich miejsc i oderwanie głowy od obowiązków. Cieszę się, że Ania namówiła mnie kiedyś do pomysłu, by robić krótką wycieczkę chociaż raz na miesiąc. Dzięki nim wiem jedno – Polska jest naprawdę piękna!