Przywileje młodości i o tym jak znalazłam się w Ameryce Północnej.

„Kto nie chce szuka powodu, kto chce szuka sposobu.”

Wychowałam się na wsi i kiedy teraz wspominam swoje dzieciństwo, widzę je w dwóch barwach. Pierwsza, to ciężka praca w gospodarstwie rodziców i dziecięcy bunt przeciwko niesprawiedliwości świata. Dzieci w mieście nie mają tylu obowiązków, a my musimy tylko pracować, nie mamy czasu na zabawę, a na wakacje możemy jedynie pojechać do kuzynów do sąsiedniej wsi – gdzie też musimy pomagać! Druga, to zielone boiska, skakanie po drzewach, jazda na rowerze bez trzymanki i piekarnia w piaskownicy, w której najlepszy chleb wychodził po wymieszaniu wody z piaskiem, a idealne brownie z błota z pobliskiej kałuży. Interes oczywiście prowadzony z rodzeństwem i masą innych dzieciaków z sąsiedztwa.

Od tego czasu minęło kilka długich lat. Dorosłam. Patrzę więc jeszcze raz na swoje dzieciństwo, ale tym razem oczami młodego człowieka i wyciągam na nowo wnioski. Ciężka, fizyczna praca na wsi zahartowała mojego ducha. Nauczyła mnie, że w życiu nic nie przychodzi łatwo i na wszystko musimy sobie sami zapracować. Przygotowała, jak znosić ewentualne życiowe porażki – nie wszystko co planujemy, spełnia się (czasami z nieba spada niezależny od nas grad, który niszczy wszystkie plony). Pozwoliła mi również zrozumieć jedną ważną rzecz: sukces, na który osobiście pracujesz, wkładasz w niego swój wysiłek i swoje zdrowie, smakuje o wiele lepiej niż gotowy milion w spadku od bogatych rodziców.

Wieś była też idealnym tłem dla dziecięcej wyobraźni. Pomyśl przez chwilę o grupce dzieciaków, która nie miała jeszcze telefonów komórkowych, ani komputerów z dostępem do internetu. A teraz przywołaj te wszystkie miejsca: zielone łąki i stogi pachnącego siana wiosną, ogrody pełne owocowych drzew, bezkresne pola, które zamieniały się w olimpijskie boiska, czy rzeki, na których zarzucaliśmy wędki i które niosły nasze wiadomości przez całą Polskę w szklanych butelkach. Mogliśmy eksperymentować, odkrywać, codziennie łowić nowe przygody. Wieś nauczyła nas szacunku do przyrody i tego co nam daje matka natura, a mnie osobiście zaszczepiła pierwiastek odkrywcy i podróżnika.

02062013499.jpg
                          Wiejskie krajobrazy Małopolski – regionu, w którym się wychowałam.

Wieś i moje okolice były piękne, ale kiedy skończyła się szkoła, a dowód osobisty stworzył nowe możliwości, zaczęło mi w niej czegoś brakować. Nagle stała się mała i nudna w obliczu tego, co oferował mi wielki i zachwycający świat. Po liceum poszłam do pracy i na studia, ale nie muszę ci mówić ile w Polsce zarabia student. Dużą część wypłaty przeznaczałam właśnie na studia (tryb zaoczny) i nadal pomieszkiwałam u rodziców, próbując zaoszczędzić na czynszu i innych wydatkach. Jednakże odłożenie większej sumy pieniędzy i tak graniczyło z cudem. Tak minął pierwszy rok studiów – uczepiona rodziców, w rozjazdach między wsią i miastem, nie wierząc w to, że mogę więcej i lepiej.

W końcu przyszło lato 2013. W trakcie ostatniego roku coś jednak zaczęło się zmieniać. Na studiach poznałam nowych ludzi, nauczyłam się nowych rzeczy, zmieniłam podejście do wielu spraw, ale przede wszystkim i najważniejsze – uwierzyłam w siebie. Nadal jednak nie wiedziałam, jaką drogę powinnam obrać w życiu. Pomyślałam – musisz najpierw popróbować. Chciałam podróżować, zobaczyć inny świat, zdobyć cenne doświadczenia, dzięki którym odkryję swoją życiową misję. Jedyne co trzeba było zrobić, to spakować plecak i ruszać w drogę.

Ale jak? Jestem przecież biednym studentem z Polski, który nie może liczyć na pomoc bogatych rodziców i jeździć po świecie, śpiąc w przyzwoitych hotelach, jedząc dobre posiłki w restauracjach i nie martwiąc się o zasoby finansowe. Myśl ta może zniechęcić młodego człowieka już na samym starcie, ale nie kogoś o silnej woli i odwadze, by podjąć wyzwania, jakie stawia przed nami życie. Przemawiały przecież za mną przywileje młodości: siła fizyczna, brak stałej pracy, która uwiązuję cię zwykle w jednym miejscu, brak rodziny i ludzi, za których jesteś odpowiedzialny i których potrzeby musisz uwzględniać w swoim życiorysie. Byłam niezależna, mogłam samodzielnie podejmować decyzje, nie musiałam już pytać rodziców o pozwolenie. Wystarczyło tylko podjąć ryzyko.

W lecie 2013 roku po raz pierwszy poleciałam sama do Liverpoolu do ludzi, których znałam tylko przez internet. Mamie powiedziałam, że to moi dobrzy znajomi z Polski, którzy niedawno tam wyemigrowali (jeśli to teraz czytasz mamo – wybacz! To się właśnie nazywa ryzyko). Udało mi się, bo byli dla mnie dobrzy, pomogli zaaklimatyzować, znaleźć pracę, założyć konto w banku i zmierzyć z pierwszymi problemami językowymi. Nie bez powodu obrałam sobie Liverpool jako pierwszy cel podróży – od kilku lat byłam wielkim fanem czerwonego klubu z tego miasta. Dzięki funtom zarobionym w Anglii, mogłam spełnić kilka sportowych marzeń, a także spędzić weekend w Irlandii, gdzie Liverpool grał wyjazdowy mecz z Celtic’iem. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że szybko do niej wrócę, ale w nieco innej roli niż kibic piłki nożnej.

Po trzech miesiącach w Anglii wróciłam do Polski, ale często latałam na weekendy do Liverpoolu, by oglądać mecze mojego klubu – zostawiłam więc z powrotem zarobione tam pieniądze. Pod koniec drugiego roku studiów, czekając na tramwaj i rozmawiając z koleżanką z roku, w ułamku sekundy podjęłam decyzję – całkiem dobrze radzę sobie z angielskim, więc spróbuję aplikować na Erasmusa (program wymiany studenckiej dla europejskich studentów). Udało się i pierwszy semestr trzeciego roku miałam spędzić w Irlandii. Czesne było jednak zbyt niskie, więc latem musiałam odłożyć trochę pieniędzy. Planowałam już powrót do Anglii, kiedy napisała do mnie kuzynka z propozycją sezonowej pracy nad polskim morzem. Wiedziałam, że zarobię mniej, ale nie mogłam się oprzeć tej przygodzie, poza tym nigdy wcześniej nie widziałam Morza Bałtyckiego. Lato 2014 spędziłam więc robiąc tatuaże z henny i kolorowe warkoczyki, poznając mnóstwo ciekawych ludzi z całej Polski, imprezując i czekając na wschód słońca na plaży.

DSCF1109.JPG
Sezonowa praca nad polskim morzem – Mielno Koszalińskie, lato 2014.

Sezon szybko się skończył, odłożyłam trochę pieniędzy i poleciałam do Irlandii jako student dziennikarstwa, by uczyć się na Uniwersytecie w Limerick. Unia Europejska pokryła część kosztów, ale i tak trzeba było żyć oszczędnie. Dzięki dołączeniu do International Society (stowarzyszenia dla międzynarodowych studentów), które organizowało nam tanie wycieczki, mogliśmy zwiedzić sporą część zielonej wyspy. Poznałam mnóstwo nowych ludzi z różnych zakątków Europy i świata i podniosłam poziom języka angielskiego. Znów się coś zmieniało. Wiedziałam, że nie muszę się już  bać, co inni powiedzą, a jedyne co chcę robić, to walczyć o swoje marzenia.

I tak po obronie stopnia licencjata oraz ignorując tych, którzy wysyłali mnie na magistra (jak nie zrobisz teraz, to nigdy), ja podążyłam własną drogą i znalazłam się w Ameryce Północnej. Po powrocie z Irlandii pracowałam w Krakowie w sportowym sklepie, by zarobić na program Au Pair in America (program wymiany edukacyjno-kulturowej dla młodzieży). Udało się i dwa miesiące temu wylądowałam w Nowym Jorku!

IMG_0707.JPG
Polka na tropie Central Parku – wielkiego pasma zieleni w sercu Manhattanu (NYC, 2016)

Program ten daje możliwość młodym ludziom  (18-26lat) spędzenia od 1-2 lat w Stanach Zjednoczonych. W tym czasie osoba ta mieszka z amerykańską rodziną, która traktuje ją jak członka własnej familii – dostaje własny pokój i wyżywienie. Opieka nad ich dziećmi jest jej pracą, za którą dostaje kieszonkowe na własne potrzeby. Międzyczasie powinna się uczyć (wymagane około 80 godzin w klasie) i wedle własnego uznania może podróżować (dwa tygodnie płatnych wakacji w trakcie oraz miesiąc po programie, przez który wciąż obowiązuje wiza). Ja mam jeszcze ten przywilej, że większość weekendów jestem wolna, więc mogę robić też krótkie wypady po okolicy.

Teraz już wiesz, jaką drogę pokonałam, żeby znaleźć się w USA. Wiele prób własnego charakteru, ale także kilka upadków, z których jednak wyszłam cało i z których wyciągnęłam wnioski na przyszłość. Teraz jest twój czas! Nie myśl o tym, że nie masz pieniędzy, nie znasz za dobrze języka, nigdy wcześniej nie podróżowałeś samolotem – nie szukaj wymówek! Szukaj sposobów – pomyśl, że jesteś młody, silny i zdrowy, że nie masz stałej pracy, którą ci będzie ciężko rzucić, nie masz jeszcze rodziny, za którą jesteś odpowiedzialny i do której jesteś do końca życia uwiązany. Odważ się, podróżuj, próbuj nowych rzeczy, spełniaj marzenia, odkrywaj. Odpowiedź przyjdzie z czasem, a ty przynajmniej zbierzesz po drodze piękne wspomnienia.

  • Anna

    Angelika! 🙂 Stworzyłaś odpowiedni blog dla mnie!!! 🙂 Sama uwierzyłam nieco w siebie i zastanawiając się co dalej robić w życiu..postanowiłam poznawać świat! I podobnie jak ty – rozpoczynam moją większą podróż od Erasmusa 🙂 a USA także mi się marzy (też myślę w przyszłości nad au pair) 🙂 Tak trzymać! 🙂

  • Pingback: Trzy miesiące w USA: Rzeczy, które zrobiłam i czego nauczyli mnie Amerykanie()