Polka na tropie USA: Co jedzą Amerykanie?, odc. 2

Przygotowania trwały długo, ale w końcu klamka zapadła – wyjeżdżam do Stanów Zjednoczonych! Nadeszła więc pora, żeby powiedzieć znajomym. Opinie były różne. Jedni mnie podziwiali i gratulowali odwagi, w końcu miałam przez rok mieszkać z obcymi ludźmi na innym kontynencie. Drudzy zaś przedrzeźniali i jak zwykle zasypywali lawiną ostrzeżeń – bo Amerykanie to, a tamto. Jednym zaś z najczęstszych komentarzy było: Na pewno wrócisz po ich fast-foodach dwa razy większa! Zobaczymy, pomyślałam.

Ideą programu Au Pair jest, aby twoi pracodawcy traktowali cię jako członka rodziny. Mam więc swój własny pokój, czasami gdzieś razem wychodzimy i robimy różne rzeczy, ale przede wszystkim jemy wspólnie posiłki. Wiedziałam więc, że moja dieta się zmieni i kiedy leciałam do USA, byłam po części ciekawa, jak to rzeczywiście wygląda, a po części zaniepokojona tym, że będę jeść pizzę trzy razy dziennie. Plusem było jednak to, że przez rok nie musiałam tracić czasu ani pieniędzy na robienie zakupów spożywczych. Minusem, że traciłam swoją niezależność co do wyboru sposobu odżywiania.

Na szczęście moja amerykańska rodzina myśli nie tylko o sobie. Już od początku chcieli, żebym czuła się w ich domu dobrze i komfortowo. Pierwszą rzeczą, jaka rzuciła mi się w oczy po wejściu do swojego nowego pokoju, były dwa wielkie plakaty Liverpoolu. Moi gospodarze wiedzieli, że kibicuję tej drużynie i zamówili je specjalnie dla mnie przed moim przyjazdem. Nie o tym jednak mowa w tym tekście. Już drugiego dnia pojechałam ze swoją amerykańską mamą na zakupy. Powiedziała, żebym zrobiła listę i miałyśmy wspólnie szukać rzeczy, które lubię jeść i bez których nie umiem na co dzień żyć.

IMG_2645.JPG
Grillowany aligator, jako popularna przystawka w Nowym Orleanie na południu Stanów Zjednoczonych.

IMG_2651
Po’boy, a wcześniej Poor boy (ang. biedny chłopiec). Różna wersja kanapki na francuskim chlebie, którą kiedyś jedli tylko biedni robotnicy.

Mam więc zawsze swój polski chleb, zieloną herbatę, czy tuńczyka w puszce – produkty, których oni nie używają, ale kupują specjalnie dla mnie. Większość posiłków w ciągu dnia przygotowuję sobie sama. Jedynie wieczorem jemy razem obiadokolację, którą gotuje moja am. mama i wtedy jestem skazana na jej umiejętności kulinarne. Godziny posiłków były notabene jedną z największych zmian, jakie tutaj wprowadziłam. W Polsce swój główny posiłek dnia (obiad) jadłam mniej więcej między godziną 13-15. Tutaj tzw. dinner (ang. obiad/kolacja) jem między 18-20. Wcześniej przygotowuję sobie za to lunch, który jest nieco większy niż standardowa przekąska. Przerzuciłam się więc od razu na ich system i po upływie tygodnia przestało mi już burczeć w brzuchu o dziwnych porach dnia, a wręcz nie wyobrażam już sobie powrotu do wcześniejszego harmonogramu.

Miałam mówić o Amerykanach, a tymczasem wciąż plotę o sobie. Zanim jeszcze przejdę do konkretnych przykładów, chcę napomknąć o dwóch istotnych różnicach, z którymi mieszkając tutaj, musiałam się pogodzić, ale nie oznacza, że mi się podobają. Pamiętam, kiedy na początku wymieniali mi moje obowiązki. Usłyszałam wtedy takie zdanie: Can you please empty the garbage when it’s full? No dobra, mam coś opróżniać, ale co? Amerykanka musiała pokazać mi ręką kosz na śmieci. You mean rubbish? Dla pewności zapytałam, a ta się roześmiała, kiwając na potwierdzenie głową. Tak wyglądała moja pierwsza lekcja amerykańskiego angielskiego. W szkole całe życie uczyłam się brytyjskiej odmiany.

Opróżniam więc kosz, jeden i drugi, zwłaszcza ten przeznaczony do recyklingu. Ja robię to rano, a czasami oni jeszcze tego samego dnia wieczorem. Wiedz, że Amerykanie produkują masę śmieci. Wszystko jest w plastikowych bądź tekturowych opakowaniach, a na dodatek pakowane od kilku do kilkudziesięciu sztuk. Pojemnik na śmieci, jaki mają moi rodzice w Polsce jest dwa razy mniejszy,  zabierany raz w miesiącu i zwykle nie mają z tym problemu. Tutaj mamy dwa razy większy kontener, wywożą nam go raz w tygodniu i zawsze jest wypchany po same brzegi. Mam chociaż nadzieję, że recykling stoi u nich na wysokim poziomie.

IMG_2770.JPG
Beignets, francuskie pączki posypane ogromną ilością cukru pudru. Popularny deser w Nowym Orleanie.

Druga rzecz, która boli mnie jeszcze bardziej to fakt, że Amerykanie marnują mnóstwo jedzenia. Wychowana na wsi, gdzie „resztki po obiedzie” dawało się psom, albo przerabiało na kompost, a lodówkę zawsze czyściło do zera, z wielkim bólem serca wyrzucam do kosza zgniłe owoce i warzywa, zapleśniałe sery, zzieleniałe szynki. Marnowanie jedzenia to problem bogatych społeczeństw, a w Ameryce podobno 25% ląduję w koszu. Kupują więc więcej, niż potrzebują. Tutaj kiedy jedziesz na duże zakupy raz na tydzień, w twoim wózku lądują dziwne rzeczy.  Warzywa, których nawet nie znasz i nie wiesz co z nimi zrobisz, ale ładnie wyglądają, a ty jeszcze nigdy wcześniej ich nie kupiłeś. Po kilku dniach się zepsują i wylądują w koszu, a wraz z nimi twoje pieniądze.

Co w końcu jedzą Amerykanie? Rano siadamy do śniadania, u mnie jest to zazwyczaj wszelka odmiana jajek (jajecznica, omlet z warzywami, czy gotowane na twardo), często tosty, ewentualnie owsianka z dużą ilością owoców i cynamonu. Amerykanie sypią sobie garstkę płatków do miski, które zalewają mlekiem. Kiwają przy tym na mój pełny talerz jedzenia, nazywając je European Breakfast (ang. Europejskie Śniadanie). Czasami jadą do Dunkin’ Donuts i przywożą nam na śniadanie charakterystyczne pączki z dziurką w środku i oblane dużą ilością lukru. W sobotę zawsze mamy na śniadanie naleśniki z syropem klonowym, a ciasto do nich kupujemy już gotowe w sklepie, zamknięte w kartonowym pudełku. Po otwarciu należy tylko przesypać do miski i wymieszać z mlekiem. Voilà!

IMG_2071.JPG
Naleśniki z syropem klonowym, często na śniadanie u Amerykanów.

Oczywiście inaczej je się na Południu i Północy, inaczej w centrum, a nad brzegiem oceanu, przy granicy z Kanadą, a granicy z Meksykiem. Kiedy byłam ostatnio na wakacjach w Luizjanie i Teksasie, próbowałam po raz pierwszy wielu nowych rzeczy. W Nowym Orleanie dostałam na przystawkę grillowanego aligatora, a w samym mieście przeważały owoce morza i kuchnia Francuzów, którzy założyli to miasto w 1718 roku. Kilka godzin jazdy na zachód, w Teksasie, dostałam rankiem śniadaniową wersję tacos z jajkami, bekonem i avocado. Teksas był kiedyś meksykańską prowincją i do tej pory rządzi tam ich kuchnia. Popularne są też oczywiście mięsne steki, smażone w pięciu stopniach i podawane w towarzystwie różnych przystawek.

IMG_3039.JPG
Śniadaniowa wersja meksykańskich tacos z jakami, bekonem i oczywiście avocado.

IMG_2931.JPG
Meksykańskie fajitas, czyli pszenna bądź kukurydziana tortilla, w którą zawija się różne dodatki. Tu m.in. mięso wołowe, żółty ryż, i fasola. 

Wracając jednak z powrotem na północ i doszukując się dalszych różnic, moi Amerykanie prawie wcale nie jedzą chleba. Jako Polka szybko to odczułam – przecież kanapki z szynką i pomidorem jemy prawie codziennie oraz dodajemy go do innych potraw m. in. bigosu czy fasolki po bretońsku. Tutaj chleb, jak zresztą wszystko inne, jest zazwyczaj słodki i można go jeść co najmniej tydzień, tak jest napchany ilością konserwantów. Nie mogę na niego patrzeć ani go wąchać, a co dopiero jeść. Na szczęście w naszym supermarkecie jest polska półka i zawsze mam świeży bochenek naszego chleba, którego połowę sobie zamrażam na końcówkę tygodnia.

Dużo rzeczy kupuje się już gotowych, zamrożonych i do odgrzania w mikrofalówce. Ja pracuję dużo czasu w domu, więc w ogóle po nie nie sięgam, bo wolę sobie coś na szybko sama przygotować. Najczęściej moi gospodarze zabierają je na lunch do pracy. Mamy też zawsze mnóstwo warzyw, owoców, jogurtów, orzechów, batonów muesli i innych produktów ze zdrowej półki, ale często się zdarza pizza na obiad. Czy to domowa (nieco bardziej znośna wersja), czy zamówiona z pizzerii i zazwyczaj tylko z serem, ewentualnie kilkoma plasterkami pepperoni. Kiedy zaś grillujemy, na ruszt lądują przede wszystkim hot-dogi, które zawijamy potem w gotową bułkę ze sklepu. Sama bułka ma co najmniej 200kcal. Przyznaję, że w sezonie letnim, oddałabym wszystko za naszą kiełbaskę z grilla!

IMG_3109.JPG
Wymarzony stek w Teksasie, w towarzystwie kilku kolorowych i tuczących dodatków.

IMG_3112.JPG
Dobrze przysmażony, ale wciąż delikatnie różowy w środku.

McDonald jest oczywiście wszędzie, nawet w najbardziej odległej dziurze. Sama mam do niego pięć minut pieszo, ale wierz mi lub nie, do tego akurat nigdy jeszcze nie wstąpiłam. W sumie w ciągu pięciu miesięcy byłam może w nim trzy razy, zwykle będąc w podróży i zamawiając jedynie kawę. Amerykanie jednak kochają McDonalda, a już zwłaszcza dzieci. Zawsze kręci się wokół nich dużo ludzi, a po rozmiarach niektórych, łatwo zgadnąć, że stołują się tam każdego dnia. Ja mieszkam jednak koło Nowego Jorku, największej metropolii Stanów i kolebki biznesu. Spotykam więc otyłych ludzi, ale dużo z nich ma też skrzywienie w drugą stronę, katując się sportem i organicznym kurczakiem. Kiedy poleciałam na południe, przekonałam się na własne oczy, dlaczego Amerykanie mają największy problem z otyłością na świecie.

Jako, że pracuję z dziećmi, widzę też kolejną różnicę w ich sposobie odżywiania. W sumie nie wiem jak wygląda to teraz w Polsce, ale kiedy ja byłam dzieckiem, zazwyczaj jedliśmy to samo co rodzice. Tutaj gotuje się przeważnie dwa obiady, dla dorosłych i dla dzieci. One z kolei mają bardzo ograniczone menu. Nuggetsy z kurczaka, frytki, makaron z masłem, i koniecznie ZERO WARZYW! Na śniadanie płatki śniadaniowe, muffiny czy owocowe tatry, oczywiście ze sklepu, ładnie opakowane i z wysoką ilością cukru. Przekąski to zazwyczaj precelki, popcorn, czipsy, krakersy. Kiedy robię dla nich zupę, gotuję ryż i zalewam bulionem z kurczaka pakowanym w litrowym kartonie. Żołądek mi skręca na sam widok. Jedyne, co mi się podoba to szklanka mleka dziennie i minimum jeden owoc, zanim przejdziemy do innych przekąsek.

W Ameryce mieszkają chyba wszystkie narodowości świata i każda próbuję jakość się przebić, otwierając między innymi swoje restaurację. Tak więc próbuję różnych smaków, począwszy od Tajlandii, poprzez Indie i Francję, na Meksyku i Brazylii kończąc. Miałam więc okazję spróbować wielu nowych potraw, ale także sama gotowałam dla moich Amerykanów nasze narodowe specjały. Jedne smakowały im bardziej, drugie mniej, ale już najbardziej zajadali się zupami, za którymi sama osobiście tęsknię. W ciągu pięciu miesięcy zaserwowano mi ją dosłownie raz!

Podsumowując, figa z makiem! Ot, co mogę powiedzieć swoim znajomym. Nie jestem dwa razy większa, a wydaję mi się, że nawet nieco mniejsza przez wszelkie sporty, które tu uprawiam. W Polsce przecież też mamy mnóstwo McDonaldów, a nasza kuchnia jest bogata w ziemniaki, kotlety smażone na oleju, kapustę i inne tłuste i ciężkostrawne rzeczy. Jednak to TY jesteś panem swojego losu i wszystko zależy od twoich chęci i silnej woli. Faktem jest, że mam tutaj wokół siebie więcej pokus, ale jeśli zachowasz zdrowy rozsądek, będziesz potrafił schudnąć nawet w Ameryce, kraju z największym odsetkiem otyłych na świecie.

  • ELA

    Haha, też jadłam kanapkę w Po’boy i te ich faworki w Cafe Du Monde w Nowym Orleanie. I potwierdzam, że w restauracjach jest oddzielne menu dla dzieci, przeważnie zero warzyw. Ale coraz więcej ludzi wybiera zdrowe produkty, oznaczone „organic”.