Pół roku w USA: Miejsca, które zwiedziłam i czego nauczyłam się w Ameryce

Życie na obczyźnie to nowe możliwości, czasami dobra zabawa, ale przede wszystkim twarda szkoła życia. Długa emigracja to prawdziwy test twojego charakteru. Każdego dnia stajesz w obliczu większych i mniejszych wyzwań, problemów, z którymi nigdy wcześniej nie miałeś do czynienia. Czasami wybierzesz źle i poleją się łzy, a obok nie będzie nikogo, kto mógłby je otrzeć. Możesz więc wybierać: skulić ogon i wrócić do domu, bądź wytrzeć je o swój własny rękaw i iść dalej, próbować więcej, wymagać od siebie, jak nigdy wcześniej.

John Lennon, powiedział kiedyś, że szkoła nie nauczyła go niczego pożytecznego, oprócz pisania i czytania. Po części się z nim zgadzam. Życia uczysz się samodzielnie poprzez doświadczenia, w których bierzesz udział. Czasami będzie cię to dużo kosztować, ale nic nie potrafi lepiej ukształtować człowieka. Jeszcze nie tak dawno pisałam tutaj o swoich pierwszych doświadczeniach w Ameryce. Będę kontynuować serię, dzieląc się z tobą kolejnymi miejscami, jakie odwiedziłam w Stanach. Co do drugiej części zrobię jednak wyjątek. Ostatnim razem opowiedziałam ci, czego nauczyli mnie Amerykanie. Tym razem jednak zdradzę ci, czego nauczyłam się sama o sobie.

5 MIEJSC, których odwiedziłam w USA:

 

  1. Nowy OrleanIMG_2689.JPG

    IMG_2742.JPG

    IMG_2864.JPG

    O Nowym Orleanie pisałam w poprzednim poście. Mieszkam obok Nowego Jorku, więc kiedy dostałam swój pierwszy tydzień wakacji, bez chwili wahania udałam się na południe. Może nie znajdziesz tu pięknych plaży jak na Florydzie, ale spróbujesz mieszaniny tak wielu rzeczy, że z żalem będzie odjeżdżać. Większość z nich nie znajdziesz nigdzie indziej w Ameryce, co czyni to miasto jeszcze bardziej unikatowe. Drink na ulicy, krokodyl na przystawkę, zakupy w sklepie dla wampirów, jazz na żywo? To tylko niektóre ze smaczków Nowego Orleanu.

    2. Houston

    IMG_2926

    IMG_2936.JPG

    IMG_2959.JPG

    „Houston, mamy problem”, apelował kiedyś John Swigert, kiedy na pokładzie statku kosmicznego Apollo 13 doszło do eksplozji zbiornika z tlenem. To właśnie na przedmieściach tego miasta mieści się główne centrum kontroli agencji NASA. Największe miasto w Teksasie i czwarte pod względem liczny ludności w USA. Dla mnie przystankiem w drodze do Austin. Nie mieliśmy dla siebie za wiele czasu, dlatego Houston zwiedzałam na miejskim rowerze. Po raz pierwszy w swojej podróżniczej karierze spałam przez Couchsurfing. Mój host z Meksyku zaoferował mi przejażdżkę wielkim pikapem, a ja żałowałam, że nie mam ze sobą drabiny, kiedy próbowałam dostać się do środka. Udało mi się też zobaczyć kolonię nietoperzy, kiedy opuszczały swój dom pod Waugh Drive Bridge, udając się na nocne polowanie.

    3. Austin

    IMG_2973.JPG

    IMG_3008.JPG

    IMG_3035.JPG

    Zwykle wracam z każdych wakacji jeszcze bardziej zmęczona, niż przed wyjazdem. Powód? Jestem aktywnym podróżnikiem, który nie lubi siedzieć przez dwa tygodnie na jednej plaży. Austin jednak sprowadziło mnie na ziemię. Przy 40-stopniowym upale marzysz tylko o klimatyzowanym pomieszczeniu i zimnej lemoniadzie. Tak więc po krótkim zwiedzaniu, większość pobytu w stolicy Teksasu spędziłam na siestach,  zanurzona po szyję w wodzie, lub popijając mrożoną kawę. Zakochałam się jednak w rozległych równinach stanu, południowej architekturze, kolorach, roślinności. Wybrałam się też na swojego wymarzonego steka. Oczywiście możesz go zjeść wszędzie w Ameryce, ale nigdzie nie będzie smakował tak, jak właśnie tam w Teksasie.

    4. New Haven

    IMG_3322.JPG

    IMG_3297.JPG

    IMG_3319.JPG

    Pewnej soboty postanowiłyśmy zwiedzić z Karoliną New Haven. Miałyśmy ku temu dwa powody, po pierwsze jest blisko, a my lubimy odkrywać, po drugie Yale University. Yale wchodzi w skład Ivy League, zrzeszającej osiem najbardziej prestiżowych uczelni w USA . I w takim właśnie klimacie pozostaje całe miasteczko, gdzie przeważają studenckie budynki. Mi osobiście przypominało Princetown, które zwiedzałam w czasie Wielkanocy. Tamtejsza uczelnia również jest jednym z ośmiu członków Ligi Bluszczowej. Kiedy zmęczył nas upał w mieście, uciekłyśmy do East Rock Park, ciesząc się ciszą, cieniem rozłożystych drzew, świeżym powietrzem i towarzystwem odważnej sarenki, która ani myślała usuwać się z naszej ścieżki.

    5. Boston

    IMG_3701.JPG

    IMG_3587.JPG

    IMG_3504.JPG

    Jedno z najstarszych miast w USA, ważne ze względów historycznych i kulturowych. Wiodący ośrodek naukowy i gospodarczy. Na przedmieściu Cambridge mieści się najstarszy amerykański uniwersytet – Harvard, a oprócz niego 50 innych uczelni i college’ów, których studenci czynią miasto młode duchem, ale jednocześnie zmusza je do surowszych kontroli. Dopiero w Bostonie po raz pierwszy zapytano mnie o polski paszport, kiedy próbowałam kupić drinka lub dostać się do klubu. Do tej pory używałam wyłącznie swojego dowodu. Pokochałam jednak Boston za europejską architekturę, dzięki której przeniosłam się na jeden weekend z powrotem do domu. Największe wrażenie zrobiła na mnie dzielnica Beacon Hill i Little Italy.

    5 RZECZY, których nauczyłam się w USA:

     

    1. Patriotyzmu

    Trzeba coś stracić, by coś docenić. Być może już wcześniej myślałeś, że jestem gorącym patriotą. Ot, wystarczy spojrzeć na nagłówek bloga. Musisz więc wiedzieć, że koncepcja nazwy ma inne początki. Oczywiście patriotyzm był we mnie zawsze, jednak nigdy tak gorliwy. Dobrze pamiętam, kiedy po dwóch miesiącach życia w USA odkryłam polski Kościół. Rozpoczęła się msza w naszym ojczystym języku, a ja się zwyczajnie popłakałam. Życie na emigracji buduję nową więź między tobą i rodzinnym krajem. W końcu doceniasz polskie krajobrazy, naszą wielką historię, piękne tradycje, jedzenie, muzykę, literaturę, sportowe osiągnięcia. Dalej nie wszystko ci się w niej podoba, ale w końcu zaczynasz rozumieć, ile zrobiła dla ciebie matka-ojczyzna. Tęsknisz, czytasz wiadomości, słuchasz polskich piosenek, szukasz okolicznych Polonii. A kiedy ktoś pyta o pochodzenie, odpowiadasz dumnie – jestem z Polski!

    2. Ile miałam w życiu szczęścia

    Podobno my-Polacy dużo narzekamy. Na deszcz, na szefa, na teściową, na politykę, na młodzież, na Kościół, na ceny.. mogłabym wyliczać bez końca. Sama próbuję wyplenić u siebie tę skłonność i niedawno dostałam lekcję, która dała mi sporo do myślenia. W Bostonie poznałam przypadkiem Amaniousa, kibica Liverpoolu, a jednocześnie uchodźcę z Erytrei, małego państwa komunistycznego w Afryce. Szybko nawiązaliśmy wspólny temat, bo łączyła nas jedna pasja oraz doświadczenia, przez jakie przechodzą/iły nasze kraje. Opowiedział mi swoją historię, która zmusiła mnie do głębszej refleksji. Uciekając ze swojej ojczyzny, maszerował kilkanaście godzin w błocie, w ostrym słońcu, bez wody, mogąc być w każdej chwili zastrzelonym. Najtrudniejsza była decyzja: opuścić kraj i zawalczyć o lepszą przyszłość, lecz kosztem tego, że być może już nigdy nie zobaczy swoich bliskich. Ja mogę wrócić do Polski w każdej chwili, mogę spotkać swoich rodziców i przyjaciół, mam bezpieczny dom, jedzenie, wodę do picia i swoją wolność. Na prawdę, wstyd mi czasem za siebie, że narzekam na różne błahe rzeczy.

    3. Otwartości

    Czarny, biały, Latynos, Hindus, Azjata, Chrześcijanin, Amerykanin, Polak, Brazylijczyk… W Ameryce spotkasz każdą rasę ludzką, każdą narodowość i wyznawców każdej religii na świecie. W głowie masz już pewne schematy, które ukształtowały się na przestrzeni lat, czerpiąc z kultury, w której ty sam wzrastałeś. Później jednak spotykasz ich osobiście i okazuję się, że ta teoria nie działa, obalasz stereotypy jeden za drugim i wyciągasz swoje własne wnioski. Otwierasz umysł na nowe języki, tradycje, różnice kulturowe i jeśli jesteś człowiekiem dobrym i uczciwym, szanujesz tą różnorodność. To kolejna lekcją, jaką otrzymałam zupełnie za darmo w Stanach. Obcowanie z innymi kulturami, uczy się dużo o życiu i o sobie samym.

    4. Ostrożności

    Wracając z Teksasu, znalazłam się o 2 w nocy na Bronxie, niezbyt chlubnej dzielnicy Nowego Jorku. Miałam nadzieję złapać ostatni pociąg, jednak zapomniałam przestawić zegarka i okazało się, że go przegapiłam.  Na dodatek zamknięto na noc stację i tak zostałam sama na chodniku, z wielkim plecakiem, w krótkich szortach i słomianym kapeluszu. Wokół kręciły się podejrzane typy, zaczepiając mnie o pieniądze. Wiedziałam, że muszę szybko działać. Na szczęście odkryłam całonocny fast-food, gdzie zamówiłam colę i zaszyłam się w jego najdalszym kącie. Nadal jednak nie czułam się w pełni bezpiecznie i z niecierpliwością czekałam na swoją host-mamę, która miała po mnie przyjechać samochodem. Warto więc być świadomym, jakich dzielnic unikać po zmroku i gdzie nie chodzić samemu. Zwłaszcza jeśli jest się młodą dziewczyną, która samotnie podróżuje po Stanach. Uwielbiam odkrywać świat i poznawać nowych ludzi, jednak zawsze słucham rad bardziej doświadczonych i robię staranny research przed wyjazdem. Odwaga swoją drogą, ale warto się słuchać zdrowego rozsądku.

    5. Organizacji

    W USA opiekuję się trójką małych dzieciaków. Dwa tygodnie temu wybrałam się ze znajomymi do kina na film Bad Moms (pol. Złe Mamuśki) i płakałam ze śmiechu. Jestem wprawdzie tylko ich opiekunką, ale właśnie tak wygląda czasami moje życie w Ameryce. Szkoła, lunch, piłka nożna, basen, zadanie domowe, snack, hokej, harcerstwo, gimnastyka, balet… Amerykańskie dzieci mają mnóstwo zajęć pozaszkolnych, a ja jestem szoferem, kucharzem, nauczycielem i animatorem gier w jednym, często taszcząc za sobą ciężkie torby z jedzeniem, ubraniami i innymi gadżetami, przemieszczając się cały dzień z jednego miejsca w drugie. Nie żeby podobało mi się życie w biegu, ale dobra organizacja czasu i codziennych zajęć to przydatna umiejętność, która na pewno zaowocuje w przyszłości.