Naszym planem było, żeby… nie mieć planu! Czyli o kliku wpadkach z Mołdawii, zakończonych pomyślnie.

Jadąc do Mołdawii próbowaliśmy się jakoś przygotować. Czytaliśmy więc artykuły, których autorzy z trudem próbowali wymienić 10 atrakcji w CAŁYM kraju! To nic, odkryjemy białą plamę na turystycznej mapie Europy, śmialiśmy się. A pojechaliśmy głównie dla wina. Pewnie nie wiesz, ale Mołdawia ma kilka rekordów na swoim koncie jeśli chodzi o ten magiczny trunek. Przede wszystkim, jest tam największa piwnica winna na świecie, a w niej ponad 2 mln butelek.

Przygody zaczynają się już na samym starcie. Opuszczając Kamieniec Podolski, wpisujemy w GPS Kiszyniów i wybieramy najkrótszą trasę. W pewnym momencie asfalt zamienia się w drogę gruntową. Coś tu najwyraźniej nie gra. Jedź prosto, mówi nawigacja, a ja bezradnie kiwam głową, kiedy trasę przecina nam nagle – DNIESTR?! Czy to na pewno to przejście, zastanawiamy się. Chłopaki idą na obchodzy i po kilku minutach wracają z raportem. Owszem, przejście może kiedyś tu było, ale wiele lat temu, a teraz pozostały po nim tylko zardzewiałe promy.

Nie pozostaje nam nic innego jak rozłożyć mapę na przedniej masce samochodu i tym razem przestudiować wersję papierową. W końcu pada decyzja –  jedziemy do Soroki, gdzie ma być „sprawdzone” przejście graniczne. Po drodze zatrzymujmy się jeszcze w Mohylowie Podoslkim na szybki posiłek. Tam też jest przejście, ale my wolimy nie ryzykować i ostatecznie kontynuujemy swoją podróż w kierunku Soroki. Kiedy docieramy na miejsce, wita nas… opuszczony szlaban. Jest przejście, są promy, ale wszystko zostało zamknięte jakieś pół godziny wcześniej. I tak wracamy jeszcze raz do Mohylowa Podolskiego, by stanąć w długiej kolejce do Mołdawii.

Zaczyna się od standardowych kontroli, jak przeszukiwanie bagażników (również tego na dachu) i sprawdzznie naszych paszportów oraz dowodu rejestracyjnego samochodu. Dodatkowo wnosimy opłatę za winietę, czyli dokument upowazniający nas do wjazdu do Mołdawii. Po jakiś 2-3 godzinach oczekiwania i dokładnych kontroli, nareszcie wjeżdżamy na mołdawską ziemię. Jest północ, ujeżdżamy zaledwie 500 metrów, po czym zatrzymuje nas policja. To ich taka „nieoficjalna” kontrola graniczna. Na szczęście mamy wszystkie papiery i nie mają się do czego doczepić.

Kolejny odcinek trasy zapamiętam na zawsze. Na drogę, która się poruszamy, wymyślamy dwie nazwy: „Fale Dniestru” i „Karpatka”. Dziura na dziurze, a oprócz tego wyżłobienia przypominające właśnie fale morskie. Poruszamy się z prędkością 5km/h. Język rozwiązuję mi się jeszcze bardziej niż na Ukrainie, a mama na pewno nie byłaby w tym momencie ze mnie zadowolona. Wokół zero żywej duszy, nie ma też oświetlenia.

Kiedy w końcu docieramy do miasta Soroka, droga nagle zamienia się w kilku pasmową, gładką autostradę, której nie powstydziłaby się zachodnia Europa. Nareszcie możemy się rozpędzić, ale nie udaje nam się dotrzeć do celu, bez krótkiej drzemki w samochodzie na stacji benzynowej. Budzi mnie po jakimś czasie chrapanie kolegi. Całe szczęście, bo na dworze jest przenikliwie zimno. Na kolejnej stacji kupujemy lokalną kartę SIM do telefonu. Płacimy kilka leji, a mamy nieograniczony dostęp do internetu. Warto zainwestować.

W Kiszyniowie zatrzymujemy się w hostelu Zarea na ulicy Anton Pann. Pachnie komuną. Mam wrażenie, że przeniosłam się w czasie o kilkadziesiąt lat. Stare wersalki, kolorowe narzuty, kwadratowe meblościanki, tapety na ścianach. Płacimy jednak niewiele i jesteśmy prawie w samym centrum, więc nie narzekamy. Jest godzina piąta rano, więc zasypiamy twardym snem. Budzimy się dopiero około południa, kiedy idziemy na spóźnione śniadanie. Wybieramy sieciówkę La Placinte, a stół zostaje cały zastawiony rumuńsko-mołdawskimi potrawami. Jemy między innymi mamałygę z twarogiem, czy kiełbaski mici.

Nareszcie kierujemy się do Milesti Mici, czyli największej piwnicy winnej na świecie, a naszego głównego celu podróży. Nie obędzie się jednak bez kolejnych przygód. Kiedy dojeżdżam do przejścia dla pieszych, wyskakuje mi nagle żółte światło i nie mając szans już zahamować, jadę dalej. Dwie sekundy później widzę lizak, więc zjeżdżam na pobocze. Wywiązuję się dyskusja z policjantami. W plątaninie polsko-rosyjskich słów, dowiadujemy się, że przejechaliśmy na czerwonym świetle. My uśmiechamy się pod nosem, bo wiemy, że policjanci widzieli raczej polskie blachy niźli czerwone światło. Już wcześniej czytamy w przewodniku, że turyści często są w taki i inny sposób naciągani. Mamy więc przygotowane na tą okoliczność 10$, które na pewno ich szybciej skusi niż polskie złotówki. Długo jeszcze straszą mandatem na 200 Euro i odebraniem mi prawa jazdy. Do 10$ dorzucamy jeszcze pięć. Biorą.

Kiedy docieramy do Milesti Mici okazuje się, że nie wpuszczą nas do środka, bo nie mamy rezerwacji. Kolejna wtopa. Zajmujemy sobie więc godzinę z angielskim przewodnikiem na następny dzień, kupujemy parę butelek wina, robimy kilka fotek i wracamy do miasta. Tam przeżywam kolejny szok za kierownicą. Jest godzina szczytu. Na ulicy panuje prawo dżungli, czyli kto większy i szybszy, ten jedzie. Klaksony słychać z każdej strony, pasów brak, a ja sypię od nowa wiązankami. Przyznaję, że po tym rajdzie spociłam się bardziej niż po 10 km przebieżce. Cud, że nikt nie obił nam samochodu.

Wieczorem kręcimy się jeszcze trochę po centrum, gdzie oglądamy między innymi Łuk Triumfalny i Sobór Narodzenia Pańskiego w Kiszyniowie, czyli główną świątynię prawosławną w Mołdawii. W hotelu z przyjemnością piję chłodne, mołdawskie wino. Trochę się odprężam po ostatnich godzinach pełnych emocji. Do Milesti Mici wracamy kolejnego dnia o 10.00 rano. Płacimy 350 mołdawskich lei za osobę, czyli ok 73 zł, plus dodatek za samochód, za godzinny tour po winnicy zakończony degustacją trzech win i przekąsek. Tunele Milesti Mici mają ok 200 km długości, a w pewnym momencie znajdujemy się nawet na głębokości 85 m. Panują tam idealne warunki na przechowywanie wina. Poruszamy się korowodem samochodów, na którego czele jedzie przewodnik. Co jakiś czas się zatrzymujemy i wysiadamy, by posłuchać opowieści o historii piwnicy i procesie wytwarzania wina.

Z ciekawością słuchamy między innymi o tym jak ogromne beczki na wino są czyszczone ręcznie przez panie, które wchodzą do ich środka, a zajęcie to zajmuje nawet do kilku godzin na jedną beczkę.  Mijamy też piwniczki, gdzie prywatne osoby przechowują swoje butelki. Jest też flaga z Polski, a pod nią nazwisko Mateusz Krokowski. Niestety nie kojarzę tej osoby, być może jest to jakiś biznesmen. Na sam koniec wyprawy jesteśmy zaproszeni do sali, gdzie witają nas muzyką, przekąskami i winem. Ze smutkiem moczę w kieliszkach z winem tylko końcówkę języka, gdyż nadal jestem kierowcą. Na pocieszenie będę mogła opowiadać, że jeździłam po największej piwnicy winnej świata. Chyba nie każdy może się tym pochwalić. Kupuję więc dwie butelki w sklepie winnicy, które zabiorę ze sobą do Polski. Zabawne, ale płacę za nie mniej, niż za swój magnes na lodówkę.

Powoli kończy się nasz czas w Mołdawii. Nastawiam nawigację na miasto Odessa na południowej Ukrainie. Tym razem sprawdziliśmy już przejście graniczne, wiemy, że na pewno tam jest i że działa 24/7. Wpadki z Mołdawii nauczyły nas, żeby trochę lepiej się przygotować. Z drugiej jednak strony ze śmiechem wspominamy swoje wszystkie przygody. Po za tym planem tej wyprawy było, żeby… nie mieć planu. Jechać przed siebie, rezerwować noclegi z dnia na dzień, zwiedzać na co przyjdzie nam ochota. Chyba udało nam się go po części zrealizować.