Mała górka, wielkie wejście – Lackowa 997 m.n.p.m.

Czas: Styczeń. Miejsce: Lackowa. Akcja: Poszukiwanie zimy.

– Jedziemy szukać śniegu! – rzucam miesiąc temu hasło, a znajomi chętnie przystają na moją propozycję. Chociaż teraz mam już zimową depresję i chętnie uciekłabym na gorące Bahamy, to jeszcze nie tak dawno marzyła mi się biała zima z puszystym śniegiem, mrozem otulającym gałęzie drzew i kującym w uszy. Co tu dużo mówić, człowiek zmiennym jest! Ruszamy więc na poszukiwanie zimy, a góry wydają się najlepszym do tego miejscem. Pada na Beskid Mały, gdzie przy okazji mam też zdobyć swój drugi szczyt z Korony Gór Polski – Lackową.

To tylko niecałe 1000 metrów, wmawiamy sobie i chociaż czytamy, że jest jedno strome podejście to jednak uznajemy, że miejsce jest idealne na zimową wyprawę. Pakujemy więc ciepłe ubrania, przekąski, mamy też screeny trasy, co koniecznie odradzam, a jeśli już, to tylko z zapasową, papierową wersją! Dla przykładu mój iPhone umiera przy minusowej temperaturze, mimo że ładuję całą baterię przed samym wyjściem. Nie polegajmy więc nigdy w pełni na urządzeniach elektronicznych. Wróćmy jednak do samego początku.

Wyruszamy w sobotę rano, gdzie do szczęścia brakuję nam tylko… błękitnego nieba! A tak na poważnie, słuchamy sobie starych polskich kawałków, cieszymy się wolnym czasem, swoim towarzystwem i tym, że możemy wyrwać się z Krakowa pokrytego od dawna chmurą czarnego smogu. Przykre, lecz prawdziwe. Po godzinie jazdy droga zaczyna się robić coraz bardziej wymagająca. Strome podjazdy i zamarznięty śnieg na asfalcie mocno zwalniają naszą prędkość. Wtedy właśnie decydujemy, że górę zdobędziemy na następny dzień, a sobota będzie dniem relaksu.

Niestety śnieg wydaję się leżeć jedynie na asfalcie. Po obu stronach drogi rozpościerają się czarne pola i lasy pełne ogołoconych drzew. Pierwsze rozczarowanie. Przecież przyjechaliśmy szukać zimy! Na szczęście pogoda przepowiada kolejne opady w nocy i niedzielę, więc za długo się nad sobą nie rozczulamy. To ma być nasz weekend i nie chcemy go marnować. Kiedy dojeżdżamy do Wysowej-Zdrój, gdzie mamy swój nocleg, kluczymy jeszcze przez jakiś czas po wiosce. W końcu znajdujemy pomarańczowy budynek, a nasi gospodarze witają nas winem. Ekstra! Szybko się rozgrzewamy i ruszamy w poszukiwanie karczmy, żeby jeszcze napełnić nasze brzuchy ciepłym posiłkiem.

W karczmie zamawiamy zimową herbatę, grzańce i wielkiego schabowego. Kiedy czekamy na swój obiad, do środka wchodzi starszy, nieco zakręcony pan. „Witojcie kochanecki” zagaduje nas, po czym wypytuje po kolei o nasze imiona. Kiedy mówię, że mam na imię Angelika, on wymienia z prędkością petardy wszystkie dni w 2018 r., kiedy przypadają imieniny Angeliki. Kiedy zdradzam swoją datę urodzenia, bez zastanowienia rzuca, że w tym roku będę świętować w niedzielę. Sprawdzam w kalendarzu. Cholera, skąd on to wie?! To samo przewiduje dla mojej dwójki znajomych i tak samo jest w tym bezbłędny. Na koniec siada z nami przy stole i wyciąga harmonijkę. Gra i śpiewa dla nas przyśpiewki, a ja czuję się trochę jak na wiejskim weselu. Przez większość czasu czujemy się skrępowani i nie wiemy jak się zachować, ale na koniec śmiejemy się i okazuję się to być zakręcone, acz pozytywne spotkanie. Dodam jeszcze, że zostaliśmy uściskani i wycałowani co najmniej trzy razy.

Wysowa-Zdrój to bardzo mała wioska, gdzie na pierwszy rzut oka wydaję się mieć tylko Kościół, dwie karczmy i kilka domów gościnnych. Nie zależy nam jednak na wybuchowych atrakcjach, więc po obiedzie robimy zakupy na następny dzień i wracamy do pensjonatu. Tam nieco odpoczywamy, po czym jedziemy na lodowisko, które okazuje się miłą niespodzianką, bo jest bezpłatne. W dodatku nie ma prawie wcale ludzi, więc idealny teren na pierwszą lekcję dla moich znajomych. Sama nie jestem wielkim ekspertem, ale dzielę z nimi kilka rad. Najważniejsze i najzabawniejsze pytanie: Jak stać w miejscu na lodzie, żeby nogi same się nie rozjeżdżały?

W drodze powrotnej zahaczamy o drugą karczmę, gdzie zamawiamy gorącą kawę. Ja pstrykam kolejne zdjęcie z kartą menu, które od rana są dla mnie dodatkową atrakcją. Wracamy spacerkiem do hotelu.  Wieczorem gotujemy sobie kolację, a potem gramy w chińczyka i inne gry planszowe przy czym świetnie się bawimy. Fajnie na chwilę odłożyć telefony, wrócić do czasów dzieciństwa, powspominać stare przygody z liceum, gdzie się właściwie poznaliśmy. W końcu padamy na swoje łóżka i zasypiamy twardym snem, by być gotowi na najważniejsze wyzwanie weekendu.

Następnego ranka wymykamy się nieco po angielsku z naszego pensjonatu i kierujemy w kierunku miejscowości Izby. To jakieś kilkanaście kilometrów jazdy od Wysowej-Zdój. Pola wokół pokrywa cienka warstwa śniegu, który zaczął padać już w nocy i nadal nie przestaje. Cieszę się jak dziecko, chociaż z drugiej strony wiem, że utrudni to nasze wejście na Lackową. W Izbach podążamy według wskazówek zaczerpniętych z innych blogów podróżniczych i zostawiamy swój samochód przy stadninie konnej, obok szlakowskazu. Nie ma tam parkingu, ale na poboczu jest sporo miejsca. Kierujemy się w kierunku Tylicz, a ja jestem z siebie dumna, że wpadłam na pomysł zabrania okularów przeciwsłonecznych. Nie tylko chronią przed bielą śniegu, ale też mokrymi płatkami, które bez nich wpadałyby niemiłosiernie do oczu.

Po naszej lewej stronie powinniśmy już widzieć samotną Lackową, ale dzień jest mglisty i mamy krótkie pole widzenia. Maszerujemy przez jakiś czas prosto, gdy w końcu docieramy do rozwidlenia dróg – Przełęcz Beskid. Tutaj jedyny podchwytliwy moment, bo właściwą drogą jest wąska ścieżka w las prowadząca na lewo, a nie jakby się mogło wydawać, szeroki trak po tej samej stronie. Dla podpowiedzi, na drzewie znajduje się drewniana tabliczka z napisem Lackowa, a trasa prowadzi wzdłuż słupków granicznych. Teraz już tylko przez siebie.

Na początku szlak jest mocno spacerowy, a my gawędzimy sobie radośnie i zatrzymujemy czasem na łyk gorącej herbaty. Śnieg trzeszczy pod butami, jest zupełnie cicho, a zamarznięte gałęzie drzew malują dla nas przepiękną scenerię. Od jakiegoś czasu podążamy śladami tajemniczego turysty, który musiał wyruszyć nieco przed nami w trasę. Nie widzimy go, ale odciski jego butów są świeże. Bawimy się w Sherlocka Holmesa. Mężczyzna, wiek między 40-50 lat i na pewno lepiej przygotowany od nas. Kiedy spotykamy go później w trasie, okazuje się, że ani trochę się nie pomyliliśmy.

W końcu dochodzimy do ściany płaczu. Odcinek nie jest zbyt długi, ale za to bardzo stromy, a pod śniegiem leży zamarznięty lód. Wszyscy już wcześniej znaleźliśmy przy poboczu patyki do podpierania, które teraz są niezwykle pomocne. W połowie tego odcinka mamy momenty zawahania, bo zastanawiamy się, jak stąd zejdziemy. Motywujemy się jednak wzajemnie i przesuwamy stopniowo w górę, bo szkoda nam zawracać. Przyznaję, że momentami trochę się cykam i próbuję nie patrzeć za siebie. Stromy odcinek w końcu się kończy, a potem jest już w miarę łagodna, momentami prosta ścieżka na szczyt.

Lackowa ma 997 m.n.p.m., a widok nie robi specjalnego wrażenia. Szczyt jest zalesiony, więc wokół i tak widzimy same drzewa, ale jesteśmy z siebie dumni, że podołaliśmy zadaniu. Jeszcze nie myślimy o tym, jak zejdziemy na dół. Na drzewie powiewa polska flaga, więc robimy sobie z nią pamiątkowe zdjęcia. Spotykamy trzech innych piechurów, którzy Lackową zdobyli od innej strony. Wspólnie odkrywamy zardzewiałą skrzyneczkę, gdzie znajdują się pieczątki. Mam więc szansę podbić swoją książeczkę KGP. Tusz okazuje się jednak zamarznięty, ale po kliku zabiegach z igłą i wsuwką, udaje nam się z niego skorzystać.

Pozwólcie, że nie będę już za bardzo rozwijać tematu zejścia z Lackowej. Metody były różne, jak np. na pajączka, czyli dosłowny zjazd na butach. Sypaliśmy też trochę przysłowiowym mięsem, ale na szczęście w tym pustkowiu nikt nas nie mógł usłyszeć. Kiedy dotarliśmy do samochodu, okazało się, że zamarzła nam woda w butelkach, a nawet moje włosy! Jednak wraz z pierwszym podmuchem ciepłego powietrza z samochodu, zapomnieliśmy szybko o nutce adrenaliny, jaka towarzyszyła nam przy powrocie. Nie ma się czym przejmować. Misja wykonana – znaleźliśmy panią zimę! Jak zastanawiacie się, gdzie jej szukać, to podpowiem – siedzi wysoko w górach.

PS Żartuję, wystarczy wejść na 1000 metrów 🙂

  • gdy następnym razem będziesz wybierać się w góry, a w samochodzie będziecie mieć wolne miejsce to koniecznie daj znać! :))

    • Byłam niedawno w Sudetach, ale to był naprawdę spontaniczny wyjazd. Jak będę planować kolejny wypad w góry, na pewno się odezwę! 😉