Krótki weekend w hipsterskim Wrocławiu

Kiedy myślę Wrocław, widzę kolorowe kamienice, chowające się krasnoludki i oczywiście Panoramę Racławicką. Od zawsze wymieniałam go w TOP 3 moich ulubionych miast w Polsce. Wstyd mi jednak było, że jestem tam ciągle przejazdem, więc jeszcze jesienią postanowiłam nadrobić ten niechlubny bilans. Otworzyłam laptop, kupiłam bilet na autobus, zarezerwowałam pokój na Airbnb i Święto Niepodległości Polski spędziłam we Wrocławiu.

Już po wyjściu z autobusu, niedaleko dworca, trafiam na pierwszego krasnoludka. Odpoczywa beztrosko na parapecie okna. Jeden! – krzyczę na głos i tak już do końca pobytu liczę wszystkie mijane krasnoludki w mieście. Jeden z nich jeździ na motocyklu, inny wspina się na lampę, a na rynku spaceruje paczka trzech przyjaciół: ślepy, głuchy i kulawy. Jest też największy, Papa Krasnal na ul. Świdnickiej. Stoi dumnie na półkolistym cokole o kształcie czubka ludzkiego palca. To pomnik upamiętniający antykomunistyczny ruch Pomarańczowej Alternatywy, działający w mieście w czasie stanu wojennego.

Skąd wzięły się we Wrocławiu krasnoludki? Od lat spierają się o to rożni mądrzy ludzie, a jedna teoria głosi właśnie o nawiązaniu krasnoludków do wyżej wspomnianego ruchu. Po wszystkie inne ciekawostki zapraszam was na stronę internetową krasnoludków, gdzie dowiecie się m.in. o ich twórcach, poczytacie bajki i opowieści oraz o tym, jakie krasnoludki mają zwyczaje. Z tej samej strony można ściągnąć mapę z lokalizacją krasnoludków. Obecnie to popularna rozrywka dla turystów we Wrocławiu i założę się, że nie ja pierwsza, ani ostatnia ich szukałam.

Jako pierwszy punkt obieramy sobie oczywiście wrocławski rynek. Tego dnia bure chmury wiszą nisko nad kamienicami. Grupa młodych ludzi, ubrana w długie płaszcze i biało-czerwone przepaski śpiewa patriotyczne pieśni. Po drugiej stronie ratusza odbywa się wielka parada. Przemowy, wojsko, kwiaty, salwy z karabinów. Zdaję się, że całe miasto zgromadziło się na kwadratowym skwerze rynku. Rodziny z dziećmi, młodzież, staruszkowie. Chciałoby się rzec, dzień, który jednoczy, ale kiedy miną już wszystkie oficjalne części, podczas przemarszu różnych grup nocą, dojdzie do zamieszek.

Chcę koniecznie zobaczyć miasto z góry. Od dawna wspinam się na różne pagórki i wieże widokowe, które odsłaniają przede mną zupełnie inne oblicze odwiedzanych miejsc i miast. Za kilka złotych i po pokonaniu wieluset schodów, wchodzimy na Mostek Czarownic (tudzież Pokutnic), który łączy obie wieże katedry św. Marii Magdaleny. Jedna z legend głosi, że nocą miały się tam pojawiać duszę próżnych dziewcząt, pokutujących za życie spędzone na zabawie i kokietowaniu adoratorów. U góry zaczyna padać i wieje porywisty wiatr, ale kilka minut wystarczy, by nacieszyć oczy cudnym widokiem.

Na obiad jemy hamburgera w Pasibusie. Bardzo podoba mi się ta knajpa i chociaż później przekonam się, że to sieciówka, lubię jej klimat. W ogóle Wrocław może pochwalić się wieloma oryginalnymi miejscami. Tego weekendu wstąpimy jeszcze do kilku z nich. Będziemy jeść w śniadanie w industrialnej knajpie, a piwo wypijemy w tej nawiązującej do komunizmu. Później zaglądniemy do portugalskiej Taszki, by na koniec wylądować w irlandzkim pubie z muzyką na żywo.

Zanim jeszcze wpadniemy w imprezowy wir, idziemy na spacer do najstarszej dzielnicy Wrocławia – Ostrowa Tumskiego. Przeprawiamy się do niej przez wyspę Piasek. Obok niej, na rzece Odrze, znajduje się się jeszcze kilka pomniejszych wysepek. Wyspy w mieście?! Chyba przyznacie, że trochę hipstersko. W samej dzielnicy o zmroku wychodzi latarnik w czarnej pelerynie i meloniku. Zapala po kolei 103 gazowe lampy, które później o świcie kolejno gasi. Jego praca to już niemal atrakcja turystyczna. Niestety nie udało nam się podglądnąć latarnika, ale zobaczyliśmy pięknie oświetloną Archikatedrę św. Jana Chrzciciela.

Na koniec wyjazdu zostawiamy sobie Panoramę Racławicką. Dla mnie ważne miejsce, dlatego że pochodzę z okolic Racławic i od najmłodszych lat opowiadano mi historie związane z wielkim triumfem Kościuszki. Wojciech Bartos Głowacki, chłop, który czapką krakowską zrywał lonty z rosyjskich dział, mieszkał zaledwie kilka kilometrów od mojego rodzinnego domu. Musiałam więc zobaczyć ogromne dzieło Jana Styki i Wojciecha Kossaka oraz pozostałych malarzy.

Samo dzieło robi ogromne wrażenie. Płótno rozpięto w budynku specjalnie zbudowanej do tego rotundy. Ma 120 metrów długości i 15 metrów wysokości. Przed obrazem rozstawiono prawdziwe przedmioty oraz użyto odpowiednio oświetlenia, tak aby zacierała się granica między powierzchnią płótna a przestrzenią przed nim. Historię bitwy opowiada znany, polski aktor Olaf Lubaszenko. Podążam za jego głosem i rejestruję fragmenty obrazu, które tak dobrze pamiętam z książki do historii. Teraz historia tych dziejów, jest już dla mnie kompletna.

Trzeba wracać, ale ja już wiem, ze to nie moja ostatnia wyprawa do Wrocławia. Krótki weekend to z pewnością za mało, by poznać jego wszystkie zakamarki i poczuć specyficzny klimat. Wyjazd tylko mnie upewnił, że Wrocław zasługuję na wysokie miejsce w mojej liście ulubionych miast w Polsce. Poza tym, wciąż muszę jeszcze znaleźć dużo krasnali!