Jak piłkarska przygoda, to tylko w Liverpoolu!

Jeśli myślałeś, że znasz język angielski, to przejedź się do Liverpoolu! Tam w pubie pijesz bevvy, a jak zgłodniejesz, możesz przegryźć butty z bekonem. Rzucasz krótkie ta’ do wesołej barmanki, o której myślisz, że jest talent i wcale nie chodzi tutaj o jej barmańskie zdolności! Masz szczęście, jeśli nie skończy się na bender i będziesz mógł o własnych siłach wyjść z pubu. Ta’-ra’, żegnasz się, a biedny woollyback czyt: ja który wpadł do miasta na weekend, myśli gorączkowo, że zmarnował te wszystkie lata w szkole, kiedy nauczycielka w klasie próbowała wytłumaczyć, że słowo dziękuję to po angielsku thank you, a kanapka, to zwyczajnie sandwich.*

Mniej więcej tak zaczęła się moja przygoda z tym miastem, kiedy po raz pierwszy poleciałam do Liverpoolu w 2013 roku. Szybko nauczyłam się, że lokalni mieszkańcy to tzw. Scousers, którzy mają swój własny slang. Nie tylko używają mnóstwo skrótów, ale w ich słowniku większość wyrazów jest po prostu inna (patrz słowniczek na dole). Trzeba się było dostosować. Wtedy zostałam w mieście na trzy miesiące, ale początki nie były łatwe. Tak naprawdę do tej pory nieźle się pocę, kiedy natknę się w pubie na Scousera i ucinamy sobie krótką pogawędkę. Trzeba im jednak przyznać, że są przy tym wyrozumiali i nadzwyczajnie mili. Mili w mniemaniu Polaka, dla którego tak sympatyczna postawa ze strony obcych, może być na początku krępująca.

Do Liverpoolu poleciałam, żeby spełnić swoje piłkarskie marzenia. Tam futbol je się na śniadanie, czyta o nim w każdej gazecie (oprócz The Sun), z dumą nosi koszulki swoich idoli z boiska i ciągnie długie rozmowy taktyczne ze swoimi lads w pubie. Piłką interesują się wszyscy, począwszy od małych chłopców, którzy marzą o sportowej karierze, kończąc na babciach, które robiąc trwałą, dyskutują ze swoją fryzjerką o ostatnim meczu Liverpoolu tudzież Evertonu. W mieście są dwa kluby, ale dla mnie liczy się tylko jeden. Liverpool FC rozkochał mnie w sobie lata temu i jeśli jest coś, czego zazdroszczę Anglikom, będzie to właśnie ich piłka nożna. Kiedy opuszczałam Liverpool w 2013 roku, postanowiłam sobie, że będę regularnie wracać chociaż na jeden mecz w sezonie. Danej obietnicy jeszcze nie złamałam!

Jeszcze przed końcem roku moi znajomi zapragnęli zobaczyć mecz na żywo w Anglii. Uruchamiam więc swoje kontakty i załatwiam trzy bilety na mecz Liverpoolu z West-Hamem. Od razu decydujemy, że nie chcemy marnować urlopu, a w grę chodzi wypad sobota-niedziela. Dla mnie to bez znaczenia. Do Liverpoolu miałam lecieć po raz ósmy, a w ostatnich latach skupiałam się tylko na meczowej otoczce. Udaje nam się wypatrzeć dobre i tanie połączenia lotnicze. W sobotę rano lecimy z Wrocławia do Liverpoolu (mecz zaczyna się o 15.00 ang. czasu, my lądujemy o 11.00). Powrót znajdujemy w niedzielę wieczorem z Manchesteru do Krakowa. Czas idealny. Cena, niecałe 300 złotych w obie strony.

Korzystając z uprzejmości znajomych, udaję mi się załatwić transport z lotniska pod stadion. Oprócz tego można skorzystać z taksówek (tego dnia gigantyczna kolejka), bądź autobusów kursujących między lotniskiem, a centrum miasta. Moi znajomi są po raz pierwszy w Anglii, a Krystian, który jest naszym kierowcą i mieszka tu już od kilku lat, z uśmiechem tłumaczy im po drodze wszystkie brytyjskie „smaczki”, jak chociażby odwrotnie ustawione przystanki. Muszę się przyznać, że ja, rzekomy znawca, zaliczam gafę jeszcze na samym początku. Próbuje wsiąść do samochodu od prawej strony, gdzie nagle wyskakuje mi kierownica! Śmiejemy się, a ja wracam szybko na siedzenie po lewej stronie.

Dzień jest wyjątkowo słoneczny. Jeszcze na lotnisku we Wrocławiu udaje nam się spotkać innych znajomych-kibiców. Teraz wszyscy razem siedzimy w domu Krystiana, który z okna w kuchni widzi stadion Anfield. Trochę mu tego widoku zazdroszczę! Pijemy piwo, żartujemy, a ja za każdym razem syczę, kiedy znajomy mówi o swoim przesądzie, że Liverpool zawsze remisuje, kiedy w mieście świeci słońce. Mam nadzieję, że tym razem będzie inaczej!

Zbliża się tzw. kick-off, czyli godzina rozpoczęcia meczu. Ruszamy pod stadion, by wtopić się w czerwony tłum zmierzający w tym samym kierunku. Mamy na sobie obowiązkowo czerwone koszulki i szaliki. Brakuje mi tego w Krakowie, który niestety słynie w Polsce z najbardziej zaostrzonych porachunków kibiców. Tam nigdy nie paraduję w żadnych klubowych barwach, bo nawet zagraniczne szaliki budzą kontrowersje. W Liverpoolu odzyskuję tą swobodę. W mieście jest wiele podzielonych rodzin, które kibicują zarówno Liverpoolowi i Evertonowi. Zdarza się, że podczas derbowego meczu na jednej z trybun wystaje niebieska głowa na tle tysiąca czerwonych barw. W Krakowie nie do pomyślenia.

Bryła stadionu góruję nad szeregami budynków wokół. Im bliżej, tym czuć większe poruszenie. Rozmowy podnieconych kibiców buzują w uszach, głos spikera zapowiadającego rozgrzewkę piłkarzy zagłusza wiatr. Czuć zapach smażonej na oleju ryby, podawanej z frytkami. To słynne fish and chips, które Anglicy sprzedają z rozstawionych wszędzie samochodów, tzw. foodtruck’ów. My wsuwamy szybko hot-doga. Odradzam znajomym wejścia do klubowego sklepu, bo w dniu meczu kręci się tam mnóstwo kibiców.

Wśród wszechobecnego chaosu, przebija się głos starszego Scousera, który sprzedaję meczowy program. Ulicą ostrożnie przesuwają się policjanci na koniach, którzy czuwają nad porządkiem. Puby wokół stadionu pękają w szwach. Anglicy kochają piwo. Zamawiają jeden pint po drugim, i rozgrzewają gardła klubowymi przyśpiewkami.

Pora wejść na stadion. Kibice Liverpoolu traktują Anfield jak swoją świątynię. Czerwoni wierni mniej więcej co dwa tygodnie gromadzą się na stadionie, by obejrzeć spektakl swoich ulubieńców. Mury tego obiektu widziały największe triumfy w historii piłki nożnej. Kiedyś padł pomysł, by wybudować nowy stadion, ale znalazło się mnóstwo jego przeciwników. Był również projekt wspólnego stadionu z Evertonem, jak rozwiązano to między innymi z Mediolanie, ale to wprowadziło kibiców jeszcze tylko w większą furię. Ostatecznie zostano na Anfield i rozbudowano trybunę Main Stand, dzięki czemu pojemność obiektu wrosła o jakieś 8,500 miejsc.

Podchodzimy do stewarda w żółtej kamizelce. Dajemy mu karty kibica, a on drukuje na świstku papieru nasze miejsca. Kierujemy się do swojej bramki, które są tak wąskie, że przeciskając się przez ciasny kołowrotek bokiem, zawsze zastanawiam się, jak przechodzą tędy otyli ludzie.

Kiedy widzę pierwszy skrawek zielonej murawy, wzruszam się. Zawszę to robię. Wzruszam się też po meczu, niezależnie od wyniku. Często wychodzę jako jedna z ostatnich kibiców, by jak najdłużej nasycić oczy murami Anfield. Piłkarze już się rozgrzewają, a my znajdujemy swoje miejsca na trybunie Kenny’ego Dalglisha, jednego z największych legend Liverpoolu. W końcu nachodzi długo wyczekiwany moment. You’ll Never Walk Alone, hymn Liverpoolu. Najbardziej rozpoznawalna pieśń w świecie futbolu. Tysiące gardeł wokół nuci słowa tej niemal świętej dla nich pieśni. Podnoszą szaliki wysoko w górę, a ja czuję przesuwające się po plecach dreszcze. Oczy znów świecą mi łzami. Czuję, że jestem u siebie, z ludźmi, których od lat traktuję jak swoją rodzinę. W mieście, które nazywam drugim domem.

Przepowiednia mojego kolegi na szczęście się nie sprawdza. Liverpool wygrywa gładko 4-1, a my cieszymy się z każdym golem i śpiewamy przyśpiewki dla piłkarzy. Kibice Liverpoolu to jak dwunasty zawodnik na boisku. Wiele razy zawodnicy wspominali o niezwykłej atmosferze, która dodawała im sił na boisku. Niestety w ostatnich latach mocno się to zmieniło, a to głównie przez globalizację i natłok turystów z zagranicy. Anfield stało się cichsze, jednak wciąż zdarzają się mecze, gdzie słychać przebłyski dawnej chwały.

Wieczorem świętujemy zwycięstwo w mieście. Idziemy, do irlandzkiego pubu, gdzie od razu zamawiam Guinnessa. To taka moja mała tradycja – jak wyspy, to tylko Guinness. Bawimy się do dźwięków folkowej muzyki z Irlandii, a ja mam na sobie wciąż czerwoną koszulkę Liverpoolu. Widzę więcej kibiców wokół, ale są też fani Evertonu, którzy noszą niebieskie dresy. Wyobrażacie sobie taką sytuację w Krakowie?! W pubie są chyba wszystkie przedziały wiekowe, od młodych Anglików, do starszych „dżentelmenów”. Wlewają w siebie litry piwa, śpiewają, bawią się i cieszą się życiem. Moi znajomi są zachwyceni ich swobodą imprezowania. Witajcie w Anglii, puszczam do nich oko, pociągając kolejny łyk ciemnego trunku.

Po nieprzespanej nocy ratujemy się angielskim śniadaniem na Williamson Square. Często jem taką porcję przed meczem, a jeśli wymieszam go potem z piwem, jestem pełna do końca dnia. Cały zestaw to między innymi: dwie kiełbaski, dwa sadzone jajka, dwa plastry grubego bekonu, fasolka, grzyby, pudding, pomidor i oczywiście czarna jak smoła kawa. Jest też opcja zamówienia połowy takiego zestawu, a więc jedna kiełbaska, jeden bekon itd. Nawet nie chcę myśleć ile to wszystko ma kalorii. Chcę później kupić koszulkę Liverpoolu, więc żartuję, że będę musiała prosić o większy rozmiar.

Po tak obfitym śniadaniu, idziemy wolno w kierunku Matthew Street. Liverpool to nie tylko kolebka piłki nożnej. To również obowiązkowy przystanek dla fanów muzyki rockowej i jednego z największych zespołów w historii muzyki – The Beatles. To właśnie na tej ulicy znajduje się pub The Cavern, gdzie zaczęła się ich wielka historia. Tego dnia płacimy dwa funty, by dostać się do środka i zobaczyć sławną scenę. Na ścianach wisi również wiele pamiątek muzyków, jak chociażby Adele czy The Rolling Stones, którzy w przeszłości tu występowali.

Tego dnia pub jest mocno zatłoczony, więc postanawiamy wypić piwo gdzie indziej. Idziemy w kierunku doków Alberta, jednej z moich ulubionych części miasta. Cieszę się, że mam czapkę, bo im bliżej rzeki, tym wiatr staję się coraz bardziej porywisty, Robimy sobie zdjęcia z figurami Beatlesów, które stanęły tu dosyć niedawno ku czci wielkich muzyków z Liverpoolu. Nad rzeką Meresyside znajduje się też wiele innych atrakcji jak Muzeum Beatlesów, Muzeum Liverpoolu, Merseyside Maritime Museum z pamiątkami z Titanica, arena Liverpool Echo, a także wielkie koło młyńskie. Większość muzeów w Anglii jest bezpłatnych i niezwykle interaktywnych, gdzie nie możesz się nudzić. Nie inaczej jest w Liverpoolu. My jednak zostawiamy sobie ich odwiedziny na następny raz.

Dzień kończymy w pubie Bierkeller, rodem z Bawarii, gdzie zabrania się tańczenia na stole, ale można już na ławach. Chodzi przecież o to, żeby bawić się jak najlepiej, a Anglicy są w tym ekspertami. Oczywiście często tą linię naginają, ale to już inna historia. Jedziemy do Manchesteru, odwiecznego rywala Scosuer’ów, a ja już w głowie planuje kolejną podróż do Liverpoolu. Ktoś mógłby mi zarzucić, że wydaję sporo pieniędzy na wyjazdy do miasta, które widziałam już tyle razy. Zgodzę się, przecież mogłabym je wydać na wiele innych podróży w nowe miejsca. Tylko, że Liverpool to moja rodzina, a o niej nigdy się nie zapomina.

 

 

*SŁOWNIK SCOUSERSKI

Scouser – osoba z Liverpoolu
bevvy – piwo
butty – kanapka
ta’ – dziękuję
talent – bardzo atrakcyjna kobieta lub mężczyzna
bender – powolne upijanie się
ta’-ra’ – do widzenia
woollyback – osoba, która nie jest Scouserem

*zdjęcia z meczu LFC-WestHam (25.02.2018) i LFC-Crystal Palace (23.03.2017)

 

  • arko

    Zostaniesz moją żoną?