Hiking w New Jersey – czyli jak zgubić się w lesie i odkryć przyjemne tego strony.

Zgubiłeś się kiedyś w lesie? Kiedy słońce powoli ukrywa się za drzewami, by w końcu ustąpić miejsca księżycowi. Jedyne źródło światła to ta blada kropka na granatowym niebie i chwiejny promień latarki. I ta cisza. Tylko kamienie chrupią pod twoimi butami, a gdzieś w oddali słychać szum wodospadu. Twoje stopy po pięciogodzinnym marszu domagają się odpoczynku, ale ty wiesz, że nie możesz sobie na to pozwolić. Rozpoczyna się walka w twojej głowie – ból fizyczny kontra silna wola.

IMG_1193

Delaware Water Gap to obszar rekreacyjny stanów Pensylwania i New Jersey, których granicę wyznacza rzeka Delaware. Rzeka przecina się przez liczne wierzchołki Appalachów, a okolica służy takim aktywnościom, jak rafting, kajakarstwo, wędkarstwo, turystyka, czy wspinaczki. Właśnie tam wybraliśmy się w niedzielne popołudnie w poszukiwaniu osamotnionych miejsc i pięknych widoków.

Równo w południe wyruszyliśmy ze stanu Connecticut, by po niecałych dwóch godzinach jazdy amerykańskimi autostradami, dotrzeć do celu podróży. Zrobiliśmy tylko jedną, krótką przerwę, kiedy musieliśmy zatankować samochód (paliwo w Pensylwanii było oczywiście tańsze niż u nas, które jak wszystko inne podlega regule – im bliżej Nowego Jorku, tym drożej). Rozprostowaliśmy przy okazji nasze kości, a po kilkunastu minutach mogliśmy się już cieszyć takimi widokami.

IMG_1155

IMG_1179

Trasa przebiegała pomyślnie i mimo dwóch niegroźnych pomyłek, zobaczyliśmy większość wyznaczonych sobie punktów widokowych. Telefony poszły w odstawkę, poza krótkimi momentami, kiedy chcieliśmy uwiecznić piękno natury na zdjęciach. Kamienie chrupały pod naszymi butami, co jakiś czas mijali nas nieliczni turyści. Każdy z naszej grupy pochodził z innego kraju, niektórzy widzieli się po raz pierwszy w życiu, a rozmawialiśmy, jakbyśmy się znali od dziecka. Łączyła nas młodość, odwaga, piękne marzenia i miłość do otaczającej nas przyrody.

IMG_1186

Około godziny 18 zgodnie przegłosowaliśmy, aby kierować się z powrotem w stronę parkingu, gdzie zostawiliśmy nasz samochód. Szliśmy, szliśmy i szliśmy, a dystans wcale się nie zmniejszał. Nie przewidzieliśmy, że trasa powrotna będzie tak długa i zajmie nam tyle czasu. Słońce powoli zachodziło, a aplikacje na telefonach podpowiadały, że skryje się za horyzontem o 19.40. Nogi odmawiały posłuszeństwa, ale my nie mogliśmy sobie pozwolić na odpoczynek. Podpieraliśmy się na znalezionych przy drodze gałęziach i próbowaliśmy nie myśleć o pierwszych odciskach.

Niebo zrobiło się na moment pomarańczowo-różowe i mimo że znajdowaliśmy się w nieciekawym położeniu, nadal zachwycaliśmy się pejzażami, jakie malowała dla nas matka natura. W końcu ognista kula znikła za drzewami, a za naszymi plecami wyrósł księżyc. Mogliśmy już tylko maszerować przy jego bladym świetle i z całych sił wytrzeszczać oczy, by nie potknąć się na kamienistej ścieżce. Używaliśmy tylko jednej, niewielkiej latarki, próbując zaoszczędzić baterię w naszych telefonach, na wypadek, gdybyśmy potrzebowali wezwać pomoc. Byliśmy jednak zdeterminowani, by dotrzeć do końca o własnych siłach.

Maszerowaliśmy naprzód i mocno już zmęczeni, prawie w ogóle nie rozmawialiśmy. Upajaliśmy się ciszą. Z dala od ludzi i miejskiego zgiełku w Nowym Jorku. Tylko w oddali szumiała gdzieś woda. Nad nami świeciły gwiazdy, a my śmialiśmy się w głębi duszy. Znów byliśmy dziećmi, odkrywcami, poszukiwaczami przygód…

Około 21, kilkadziesiąt metrów przed nami, coś błysnęło między drzewami. Przetarliśmy oczy, ale strumień światła z latarki tym razem powędrował w naszym kierunku. Nie mieliśmy już wątpliwości, przed nami byli inni ludzie. Woda szumiała coraz głośniej i przypomnieliśmy sobie o wodospadzie, który mijaliśmy na początku dnia. Był to dobry znak – zbliżaliśmy się do końca szlaku. Odetchnęliśmy z ulgą, bo mimo wszystko nie chcieliśmy spędzić nocy w opuszczonym i zimnym lesie, nie będąc na to odpowiednio przygotowanym.

Po kolejnym kwadransie marszu, zobaczyliśmy światła pierwszych samochodów, które pędziły przyklejoną do granicy lasu autostradą. Nasze okrzyki radości przeszyły ciszę śpiącego lasu. Przyjemnie było postawić stopy na twardej powierzchni parkingu po kilkugodzinnym marszu na nierównych ścieżkach. Rozglądaliśmy się jednak wokół, bo wiedzieliśmy, że po tej stronie drogi nie ma naszego samochodu. Po chwili podjechał do nas policjant, zadał kilka rozpoznawczych pytań, sprawdzając przy okazji naszą kondycję i pomógł nam w odnalezieniu właściwej drogi. Wróciła nam ochota do rozmowy, więc przez ostatnie dziesięć minut dzieliliśmy się wrażeniami z wyprawy.

Kiedy dotarliśmy do naszego samochodu, byliśmy głodni, brudni i zmęczeni, ale jednogłośnie szczęśliwi. Szczerzyliśmy zęby w uśmiechu i próbowaliśmy wybrać najlepszy moment wycieczki. Szybko jednak wyszukaliśmy w GPS najbliższego miejsca, gdzie mogliśmy coś przekąsić. Zamierzaliśmy wynagrodzić sobie aktywny dzień największym hamburgerem na świecie. Zresztą przed nami wciąż były jeszcze dwie godziny powrotnej drogi do Connecticut.

IMG_1209

IMG_1200

Wierzcie mi lub nie, ale zaparkowaliśmy samochód możliwie jak najbliżej drzwi wejściowych. Kiedy przekroczyliśmy próg, przez moment poczułam się jak w amerykańskim filmie. Typowa stołówka z boksami, rodzinny interes, w którym możesz zjeść dużo, niezdrowo i tanio. W przystawkach odkryłam nasze polskie pierogi. Jak się potem okazało najlepsza przyjaciółka właścicielki była Polką. Tutaj serwowano je wyłącznie domowej roboty. Takim właśnie przyjemnym akcentem zakończył się pełen wrażeń i najlepszy dotąd dzień Polki na tropie… New Jersey i Pensylwanii.