Dzień dobry Dubaj, czyli emigracji początki

Prawie spóźniam się na samolot. Dobry początek jak na przyszłą stewardesę, dla której punktualność to podstawa! Zapomniałam po prostu, że opuszczam strefę Schengen i czekają mnie dodatkowe kontrole na lotnisku. Kolejka porusza się ślimaczym tempem, za to wskazówki zegara zaskakująco szybko. Zaciskam gorączkowo pięści i czuję łomoczące w piersi serce. Nie mogę przecież nawalić, będąc jeszcze w Warszawie. Nareszcie melduję się na bramce, niecałe dziesięć minut przed jej zamknięciem. Wszyscy pasażerowie są już na pokładzie.

To mój pierwszy lot w kierunku wschodnim. Mam swój własny ekran, gdzie mogę śledzić pozycję samolotu na mapie i inne parametry jak jego wysokość, czy prędkość. Jeden przycisk daję mi widok z kamer, przymocowanych do dolnej części kadłuba. Ekstra! Ja jednak najwięcej uwagi poświęcam załodze. Przyglądam się ich mundurom, szczególnie damskim toczkom z otaczającym szyję białym szalem. Za kilka tygodni będę jedną z nich.

Lotnisko w Dubaju jest ogromne. Zanim jednak zacznę panikować, zauważam pracownika lotniska z tabletem i moim nazwiskiem wyświetlonym na ekranie. Poznaję dwóch innych Polaków, którzy tak jak ja wybrali karierę na pokładzie. Zanim załatwimy formalności i dotrę do swojego nowego mieszkania, jest już grubo po północy. Na komodzie w korytarzu znajduję liścik od swojej współlokatorki. Dowiaduję się między innymi, że jest z Anglii (nastawiam się więc już mentalnie na brytyjski akcent) oraz dostaję hasło do Wi-Fi.

W środku nocy wyrywa mnie ze snu alarm przeciwpożarowy. Nie wiem co się dzieję. Leżeć i się nie ruszać, czy uciekać. Ostatecznie wyskakuję na korytarz. Przy okazji straszę swoją współlokatorkę, która też się obudziła. Tak się poznajemy. W środku nocy, na ciemnym korytarzu, przy cholernie głośno piszczącym alarmie. Okazuje się, że dźwięk dochodzi tylko z mojego pokoju. Minie jeszcze trochę czasu, zanim ochrona budynku naprawi niepokojące nas urządzenie. Międzyczasie pijemy na uspokojenie herbatę z mlekiem – iście angielską!

Dubaj odkrywam powoli. Zapuszczam się na krótkie wypady tylko w weekendy, które tutaj trwają od piątku do soboty. Do tej pory mylę więc dni tygodnia. Swój pierwszy wyjazd zaliczam z nowymi znajomymi do centrum miasta. Obowiązkowy punkt, to oczywiście Burj Khalifa, czyli najwyższy budynek na świecie. Tego dnia oglądamy go tylko z zewnątrz, ale w planach mamy już wyjazd na szczyt i zobaczenie widoku z góry. Tuż obok jest Dubai mall. To jedna z największych galerii handlowych na świecie. W środku jest między innymi lodowisko, czy oceanarium.

Kolejny tydzień to oczywiście obowiązkowe w Dubaju Safari. Dzięki jednemu koledze z pracy, dostajemy zniżki. Pięć dżipów odbiera nas z naszego mieszkania. Po godzinie jazdy wszystkie budynki znikają z horyzontu i otacza nas już tylko wielka połać piasku. Zatrzymujemy się na chwilę, by spuścić powietrze z kół samochodów. Robimy kilka zdjęć a potem czeka nas już tylko szalona przejażdżka po wydmach. Krzyczymy, klniemy, śmiejemy się i napinamy mocno mięśnie, trzymając się każdej rączki w samochodzie. Czuje się jak po dobrej sesji na siłowni.

To jednak tylko początek i czekają nas dalsze atrakcje. W zależności kto co lubi, jedni serfują na desce po piaszczystych wydmach, inni jeżdżą na quadzie, ale można też przejechać się na wielbłądzie, co ja sama wybieram. Kiedy zapada zmrok, czeka nas kolacja wliczona w cenę Safari. Wokół sceny rozłożono kolorowe dywany, a na nich niskie stoliki i otaczające je poduszki. Dostajemy lokalne jedzenie, nieco ostre, przy akompaniamencie arabskiego chleba. Na scenie możemy podziwiać taniec brzucha, czy taniec z ogniem.

Dubaj odkrywam powoli. Będę tu jeszcze wiele dni, więc chce się nim delektować. Jedną z moich małych tradycji, staję się próbowanie zagranicznych kuchni. Mieszkam na Bliskim Wschodzie, więc doświadczam wpływu innych kultur, niż dotychczas mi znane. Próbuje egipskiego jedzenia, a także zostaję gorliwym fanem libańskiej kuchni. Kolejny plan na kulinarnej mapie – Syria!

Za dwa tygodnie nareszcie rozwinę skrzydła i ruszę w świat. Dubaj stanie się już tylko moją bazą wypadową, a cały świat, domem. Cieszę się, bo Dubaj nie jest do końca stworzonym dla mnie miejscem. Próbuję się z nim zaprzyjaźnić, najlepiej jak umiem, ale nie wyobrażam sobie osiąść w nim na stałe. Jednak o tym już w następnym wpisie.