Cukierek albo psikus, czyli Halloween w Ameryce

 

Najpierw zostaliśmy „wybuczeni”. Istnieje w ogóle takie słowo w słowniku? Naprawdę nie mam pojęcia, jak to przetłumaczyć. Tak czy owak, stało się to kilka dni przed Halloween. Pewnego wieczoru kolację przerwał nam dzwonek do frontowych drzwi. Zawsze w takim przypadku ścigam się z dziećmi, żeby otworzyć, ale tym razem byli w domu rodzice, więc ja spokojnie przeżuwałam dalej kurczaka. Nagle słyszę piski. Czyżby zaczęło się już Halloween? Nie poczęstowaliśmy kogoś cukierkami? Po chwili wracają jednak nasze dzieci z wielkimi bananami na buzi. We’ve been BOOed! – wołają z entuzjazmem.

img_2012

Co się dokładnie stało? Kiedy dzieci otworzyły frontowe drzwi, na schodach już nikogo nie było. Stało za to pomarańczowe wiaderko w kształcie dyni, a w nim słodkości i inne drobiazgi. Po krótkiej chwili radości, zaczęła się wiec walka o swój przydział słodyczy. Ale o co w tym wszystkim chodzi? Kto i dlaczego zostawił to wiaderko? Odpowiedzi udzielił mi jak zwykle specjalista od kultury amerykańskiej, czyli moja host-mama.

Okazało się, że to całe zajście, to jeszcze jedna z tradycji Halloween’owych. Taki jesienny św. Mikołaj. Sąsiad szykuję dla ciebie paczkę, najczęściej są to słodycze dla dzieci i inne straszne gadżety, a potem zakrada się nocą pod twoje drzwi. Następnie naciska dzwonek i szybko ucieka. Ty cieszysz się z niespodziewanego prezentu i teraz twoja kolej, żeby kogoś „wybuczeć”. Kartki na drzwiach przyklejamy, żeby nie dublować, ani nikogo nie pominąć.

Jeśli chodzi o dekoracje, to nasze pająki zawisły nad kominkiem już na początku października. Dynie, szkielety, pajęczyny, duchy, grobowce, mogę wymieniać bez końca! Amerykanie na prawdę mają bogatą wyobraźnię. Wiele domów zostaje też specjalnie podświetlonych i gdyby nie kolory świateł i mroczna aura, mogłabym spokojnie pomyśleć, ze to już gwiazdka. Ostatnio pisałam ci też o wielkim pająku, którego spotkałam w okolicy. Wiedz więc, że moja arachnofobia przeżyła jeszcze większy koszmar!

IMG_2461.JPG

IMG_1736.JPG

IMG_2180.JPG

W końcu nadszedł długo wyczekiwany 31 października. Zapadł zmrok, a wtedy księżniczki, czarownice, super-bohaterowie, duchy i inne małe potworki wyszły na ulicę. Wiaderko w dłonie i pora na polowanie. Dzieci chodzą od domu do domu i zbierają słodycze. Trick or treat! Cukierek albo psikus! – wołają z nadzieją na zebranie jak największej ilości słodyczy. Jeśli nie otworzysz drzwi, mają prawo zrobić ci psikus. Dzieci omijają jednak domy, które nie są udekorowane. Za tymi najmłodszymi, podążają rodzice. Robi się więc całkiem spory pochód.

IMG_2475.JPG

IMG_2482.JPG

IMG_2476.JPG

Dorośli z kolei bawią się na imprezie, gdzie zwykle obowiązuje przebranie. Ja swoją miałam na Brooklynie, więc kiedy wsiadłam w metro, obok mnie stał m.in. Harry Potter, meduza, Jack Sparrow i Czerwony Kapturek. Wiele osób stawia też na krwawy makijaż, a miasto zamienia się na jedną noc w wielki bal przebierańców. Zazwyczaj w Nowym Jorku odbywa się też parada, w której możesz wziąć udział, jeśli nosisz kostium. W innym przypadku możesz wystąpić tylko w roli widza.

IMG_2302.JPG

Wspominam swoje Halloween w Irlandii i cieszę się, kiedy akurat teraz odwiedza mnie gość z Zielonej Wyspy. Pierwszy raz zbieram za to cukierki. Kiedy robi się zimno, wracam do domu, zaparzam herbatę i czekam na dzwonek do drzwi. Jeśli chodzi o słodycze, dzieci mogą być naprawdę miłe! Halloween w końcu się kończy. Bilans: zdarte gardła (przecież spider-man nie chodzi w swetrze, kiedy jest zimno) i trzy pełne wiaderka słodyczy. Następuje segregacja i większą część oddajemy dzieciom, które mają w życiu mniej szczęścia, a ja jestem dumna ze swoich małych potworków. To było jednak fajne święto!