Chicago, miasto bluesa i polskiej kiełbasy

Wyobraź sobie, że niespodziewanie dostajesz pięć dni wolnego! Co robisz? Odpoczywasz, oglądasz seriale, czytasz, idziesz na basen, spotykasz się ze znajomymi. Nudy. Te rzeczy mogę robić każdego popołudnia po pracy. Kiedy ja widzę taką lukę w swoim kalendarzu, w głowie mam tylko jedną myśl – muszę gdzieś pojechać! To jak miły prezent od losu, który daje ci szansę na odkrycie nowego kawałka świata. Tak było ostatnim razem, kiedy wypadł mi nieplanowany urlop. Chciałam gdzieś pojechać, jednak bez narzucania żadnej presji. Trochę pozwiedzać, trochę odpocząć i przede wszystkim nie za dużo wydać. To miało być też po trochu moje pożegnanie z Ameryką.

Baza startowa – Nowy Jork. Następnie krótka weryfikacja: dokąd kupię najtańsze bilety, prędko dolecę i dużo pozwiedzam. Chicago szybko wysunęło się na pierwszy plan. Tani kierunek, loty  do 3-4 razy dziennie i podróż trwająca zaledwie dwie godziny. Ostatecznie kupiłam bilety za 120$ w obie strony i to z najbliższego mi lotniska (La Guardia). Idealnie! Teraz mogę planować podróż.

img_5660

Od razu postanowiłam, że polecę sama. Standardowo nie chciałam wydawać dużo na noclegi, a najlepiej mieć je za darmo. Na pomoc przyszedł mi niezawodny dotąd Couchsurfing. Po kilku dniach i próbach kontaktowania się z różnymi mieszkańcami Chicago, udało mi się dogadać z Zackiem. Efekt? Dom mojego gospodarza był w dobrej lokalizacji, a ja dostałam dla siebie całe piętro, wygodną kanapę i osobną łazienkę. Zack był niezwykle miły, a na dodatek okazało się, że uczy się polskiego i planuje podróż do naszego kraju. Po raz kolejny przekonałam się, jak życzliwi potrafią być względem siebie podróżnicy.

Wrócę jednak do moich pierwszych doświadczeń z Chicago. Kiedy wylądowałam na lotnisku O’Hare, mimochodem się uśmiechnęłam. To nie tylko jedno z najbardziej zatłoczonych lotnisk na świecie. To tutaj zgubił się Kevin, którego tak wszyscy w Polsce uwielbiamy i zamiast z rodziną do Francji, poleciał sam do Nowego Jorku. Żeby dostać się do miasta, musiałam kupić bilet na niebieską linię. Na automacie oprócz języka angielskiego, mogłam jeszcze wybrać hiszpański i polski. No tak, przecież w Chicago mieszka więcej Polaków niż w moim Krakowie!

Pierwszy dzień miał być dla mnie okazją do krótkiego odpoczynku. Jedyne co zwiedziłam to okolicę, w której mieszkał Zack, kiedy wybrałam się na zakupy spożywcze. A było to naprawdę przyjemne sąsiedztwo, bardzo ciche, z mnóstwem jednorodzinnych domów. Podobała mi się ich różnorodność pod względem wielkości, kształtów i kolorów. Coś nowego w porównaniu do mojej okolicy w Connecticut, gdzie prawie wszystkie budynki są jednakowo białe. Wieczorem wybraliśmy się wspólnie do kina, a następnie na imprezę urodzinową jego koleżanki.

img_5514

img_5525

Drugi dzień miał być dla mnie najbardziej intensywny. Rankiem pojechałam do centrum. Warto wyposażyć się w niebieską kartę Ventra, której używasz w komunikacji miejskiej i możesz dowolnie doładowywać. Przykładowo opcja na jeden dzień uprawniająca do nieograniczonych przejazdów, kosztuję 10$. Poruszanie się po Chicago jest bardzo proste. Kolejka miejska to połączenie trzech typów linii, z czego najdłuższy odcinek ciągnie się ponad ulicami miasta. Dla wielu turystów przejazd kolejką nadziemną jest już samą w sobie atrakcją. Wszędzie indziej docierają autobusy, gdzie możesz płacić gotówką, jednak warto mieć odliczoną kwotę, bo automaty nie wydają reszty.

Na początku spotkałam się z Magdą, którą znam jeszcze z Polski, a ostatni raz widziałam jako dziecko. To kuzynka mojej najlepszej przyjaciółki i kiedyś wszystkie razem się bawiłyśmy. Nasze wspólne zwiedzanie zaczęłyśmy od Parku Millenium i sławnej „Fasolki”. Rzeźba naprawdę nazywa się Wrotami Niebios (Cloud Gate), ale mówi się tak ze względu na jej kształt. Waży 110 ton, a w jej idealnie wypolerowanej stali odbijają się turyści, otaczające ją wieżowce oraz niebo. Szybko stała się ikoną miasta i jedną z największych atrakcji na świecie.

img_5577

img_5617

img_5606

Millenium Park jest z kolei częścią większego od siebie Grant Park, po którym zrobiłyśmy sobie spacer. Cieszyłyśmy się swoim towarzystwem i dzieliłyśmy doświadczeniami z życia w Ameryce. Poruszałyśmy się wzdłuż jeziora Michigan, które jest tak ogromne, że imituję wrażenie morza bądź oceanu. Mnie z kolei zaskoczyła jego czysto niebieska woda. Dotarłyśmy m.in. do Fontanny Buckingham, która niestety o tej porze roku była wyłączona. Cały czas, mimo słońca, dokuczał nam silny wiatr. Przekonałyśmy się więc na własnej skórze, dlaczego Chicago nazywane jest „wietrznym miastem”.

Na lunch zamówiłyśmy tak sławną w mieście „deep dish pizza”, która mi przypominała raczej rodzaj pewnej tarty, czy zapiekanki. Popołudnie spędziłyśmy na spacerze po Downtown. Mnie podobała się najbardziej okolica nad rzeką. Jest tam m.in. wieżowiec obecnego prezydenta USA, Donalda Trumpa, który plasuje się jako czwarty najwyższy budynek w Stanach. Ponadto rzekę przecinają liczne mosty, możesz też natknąć się na różne rzeźby, a kiedy obserwujesz otaczające ją budynki, widzisz jak historia płynnie miesza się tu z nowoczesnością.

img_5622

img_5627

img_5632

img_5640

img_5685

img_5684

img_5776

W końcu przyszedł moment, kiedy musiałam pożegnać się z Magdą. Odprowadziła mnie pod Willis Tower (kiedyś Sears Tower), który przez długi czas był najwyższym budynkiem na świecie. Na jego 103 piętrze mieści się przepiękny punkt widokowy, do którego później domontowano cztery szklane platformy. Możesz więc podziwiać Chicago i okolicę (nawet do 80km!), mając pod sobą przezroczystą podłogę. Wjazd na górę dla dorosłego kosztuje 23$, jednak ja dostałam się tam za darmo. Sama już nie wiem, dlaczego pan w okienku po prostu podarował mi ten bilet. Kiedy szukałam w plecaku gotówki, wcisnął mi go po prostu w rękę i odesłał do kolejki z szerokim uśmiechem.

img_5704

img_5715

img_5723

img_5724

img_5730

Wieczór spędziłam w towarzystwie Pawła, którego poznałam wcześniej przez Couchsurfing. Umówiliśmy się w restauracji „Podhalanka”, gdzie zamówiłam żurek z kiełbasą. Dostałam też polski chleb i musiałam ciągle przerywać naszą rozmowę, żeby zachwycać się jego smakiem. Oto co robi emigracja z człowiekiem!  Paweł dużo mi opowiedział o życiu Polonii w Chicago. Osobiście też jest zapalonym podróżnikiem i właśnie planuje wyprawę motocyklem przez świat. Może mu to zająć nawet dwa lata! Na dodatek robi piękne zdjęcia, które możesz oglądnąć na jego Instagramie. Ja z kolei mam nadzieję, że to nie było nasze ostatnie spotkanie.

Trzeciego i ostatniego dnia wybrałam się do Lincoln Park Zoo. To jedna z darmowych atrakcji w Chicago. Mogłam zobaczyć wiele gatunków zwierząt, a bliski kontakt z nimi wprawił mnie w dobry humor. Zapragnęłam spotkać się z nimi kiedyś w ich naturalnym środowisku. Oczywiście nie sam-na-sam, a raczej w ramach jakiejś wyprawy safari w Afryce. Zresztą ten punkt od dawna gości na mojej Bucket List! Po wszystkim wróciłam na trochę do centrum, by pożegnać się z Chicago. Stamtąd po raz ostatni wzięłam niebieską linię w kierunku lotniska O’Hare.

img_5822

img_5840

img_5887

img_5898

img_5744

Chicago zrobiło na mnie dobre wrażenie. W powietrzu było czuć zupełnie inną atmosferę niż w Nowym Jorku. Zdecydowanie mniej tłoczne i o wiele czystsze! Paweł wytłumaczył mi, że to dzięki rozbudowanej sieci alleyways, o których on mówił „ulice między ulicami”. To na tych alejkach zostawia się między innymi śmieci, dzięki czemu nie zalegają na głównych ulicach. Wszędzie było też czuć obecność Polaków. Rozmowy na ulicach, czy w autobusie, polskie restauracje, sklepy, szyldy, produkty spożywcze w supermarkecie. A w tle tego wszystkiego blues – na ulicy, dworcu, w barze.