A gdyby tak rzucić to wszystko i wyjechać w … Pieniny?

Podróże to moja największa pasja, ale czasami nawet ja potrzebuję motywacji, by zaplanować kolejny wyjazd. Dlatego jeszcze przed wyjazdem do Stanów Zjednoczonych wstępuję do Klubu Zdobywców Korony Gór Polski. Tak jak inni miłośnicy gór postanawiam zdobyć 28 najwyższych szczytów w każdym paśmie górskim. Wyjazd do Ameryki nieco przesuwa moje plany, ale w ostatnim czasie nareszcie mam okazję, by uciec z miasta i rozpocząć nowe wyzwanie.

Mimo że listę otwiera Łysica w Górach Świętokrzyskich, ja swoją przygodę zaczynam od góry Wysoka w Pieninach, która zajmuje aż 16. miejsce (1050 m n.p.m). Na pierwszy cel obieramy sobie miejscowość Jaworki, położonej niedaleko Szczawnicy. Tam odnajdujemy parking Homole, a starszy pan ubrany w koszulkę ze Statuą Wolności (na co mimowolnie się uśmiecham), wystawia nam bilet, po czym próbuje zrobić pamiątkowe zdjęcie. Na koniec informuje jeszcze, że jeśli zrobimy zakupy w jednym z punktów gastronomicznych, godzina parkingu będzie gratis.

Kierując się drogą w górę, docieramy do wejścia do Rezerwatu, który jest początkiem Zielonego Szlaku. Pierwszy etap to uroczy Wąwóz Homole (800 m), wijący się między wysokimi skałami z wapienia. Trasę przecina co jakiś czas rzeka Kamionka, ale dła ułatwienia wstawiono tu liczne metalowe schodki i mostki, dzięki czemu bez problemu można się wybrać na wycieczkę nawet z dziećmi. Jest sobota rano, świeci ostre słońce i na szlaku spotykamy dużo ludzi. Trochę mnie to rozprasza, jednak otaczające widoki pozwalają zapomnieć o innych turystach.

Chwilę później, kiedy mijamy Polanę Dubantowska Dolina, większość wycieczkowiczów kończy swoją wyprawę właśnie na tym etapie. Odpoczywają na drewnianych ławach, wyciągają przekąski i cieszą się pięknym dniem. My jednak ruszamy dalej, bo chcemy dzisiaj zdobyć szczyt, a przed nami jeszcze kawałek drogi. Ścieżka robi się kamienista, a na dodatek jest ślisko. Już nie żałuję, że zostawiłam sandały w samochodzie, bo wiem, że nie zdałyby tutaj egzaminu. Po jakimś czasie drogę zastępuję nam Janosik – proponuję nam zdjęcie, za które pewnie zgarnąłby drobną opłatę. Jest wyraźnie wstawiony, a my uśmiechamy się pod nosem i grzecznie odmawiamy. Chyba już wiem w co inwestuje zarobione pieniądze.

W końcu wychodzimy na otwartą łąkę, a droga robi się coraz bardziej stroma. Gdzieś w oddali pasie się stado białych owieczek, słychać wibrujące dzwonki i szczekanie psa. Zaczynam odczczwać pierwsze zmęczenie, dlatego kiedy wchodzimy z powrotem w las, organizujemy sobie kije trekkingowe. Bartek jest przygotowany. Patyk, który znalazłam na poboczu szlaku, wygładza nożem, po czym owija rączkę czarną taśmą. Później ma się okazać, że rostanę się z nim dopiero na koniec wyjazdu i to z sentymentem.

Po dwóch godzinach wspinaczki, w końcu docieramy na szczyt Wysokiej, skąd rozciąga się uroczy widok na otaczajace nas Pieniny, Beskidy i Tatry. Robimy obowiązkowo zdjęcie, które ma być moim dowodem na zdobycie pienińskiego szczytu. Wkleję je później na odpowiednią stronę w swojej książeczce Klubu KGP, a przy schodzeniu z góry wstąpie jeszcze na pole namiotowe, gdzie zapytam o pieczątkę. W ten sposób mam już pełną „dokumentację” na potwierdzenie zdobytego szczytu.

Zejście z Wysokiej znów zajmuje nam około dwóch godzin, po czym jedziemy zameldować się do pensjonatu, gdzie za jeden nocleg płacimy 35 zł. Na obiad idziemy do góralskiej karczmy, lecz ja zamiast lokalnych przysmaków, wybieram naleśniki ze szpinakiem. Kiedy wychodzimy z lokalu, udaje nam się poznać „syna szefa wszystkich szefów”. Tak przedstawia nam się młody chłopak, który przy wejściu na parking zbiera chętnych na dojazd do Spływu Dunajcem. Okazuje się, że jego tata jest właścicielem małych busików, które za 10 zł przewożą na początek trasy, oddalonej od Szczawnicy o kilkanaście kilometrów.

My też korzystamy z busa i na kilka minut przed 17.00 jesteśmy w miejscowości Sromowce Niżne Kąty, gdzie znajduje się flisacka przystań. Mamy szczęście. Kiedy dochodzimy do kas, by kupić bilet (54zł), czeka przy nich mała grupa turystów.

– Wy też na spływ? – pytają gorączkowo.

– Jasne – odpowiadamy wyluzowani, wciąż jeszcze nie wiedząc, że źle sprawdziliśmy godziny .

Później okazuje się, że kasy są otwarte właśnie do godziny 17.00, więc przybyliśmy w ostatniej chwili. Na dodatek, żeby tratwa mogła odpłynąć, musi być komplet minimum siedmiu osób. Oni czekali na nas, dwie zabłąkane dusze, z kolei my mieliśmy szczęście, że spotkaliśmy jeszcze innych turystów o tej godzinie. Ostatecznie ruszamy w 16-kilometrową podróż do Szczawnicy, a wraz z nami dwóch wesołych flisaków. W ręku dzierżą trzymetrowe tyczki tzw. spryski, za pomocą których sterują tratwą.

Jest pięknie. Zapiera nam dech w piersiach, a wokół panuje błogi spokój. Mijamy kolejne szczyty, w tym Trzy Korony, na które zamierzamy wspiąć się kolejnego dnia. Słońce powoli się obniża i mieni na pomarańczowo na tafli Dunajca. Tratwa gładko sunie po wodzie, a kiedy zmaga się większy nurt, flisacy uważają, by nie wypadła na brzeg rzeki. Obydwaj mają na sobie regionalne stroje pienińskich górali: białe koszule, niebieskie kamizelki z kolorowym haftem i czarne kapelusze ze sznurem muszelek. Umilają nam czas zagadkami i wesołymi historyjkami.

– Wiecie gdzie najlepiej schować się przed burzą? – Pytają. My kiwamy przecząco głowami.

– Pod teściową. Tam na pewno piorun nie uderzy!

Spływ kończymy w Szczawnicy po ponad dwóch godzinach. Tam też zostawiliśmy wcześniej samochód, dzięki czemu możemy bez problemu wrócić do swojego pensjonatu w Krościeńku. W głowie mamy już plan na następny dzień i tym razem dokładnie sprawdzamy detale, by już nic nas nie zaskoczyło. Po tak aktywnym dniu, szybko zasypiamy twardym snem.

Rankiem w niedzielę wracamy do Szczawnicy, by zrobić szybkie zakupy. Do wózka wrzucamy chleb, konserwę, banany, gorzką czekoladę i kilka innych przekąsek. Obowiązkowo dużo wody, bo chociaż tego dnia pogoda nie rozpieszcza, to jednak przy wspinaczce tracimy sporo energii. Pakujemy to wszystko do plecaka i znów kierujemy się w stronę rzeki, gdzie jeden z flisaków za drobną opłatą (3zł) przewozi nas łódką na jej drugą stronę. Na swój pierwszy cel obieramy szczyt Sokolica.

Wspinaczka jest krótsza niż wejście na Wysoką, za to bardziej stroma. Przez większość trasy korzystamy z metalowych barierek usawionych na trasie i drewnianych kijków, które zrobiliśmy sobie dzień wcześniej. Niebo tego dnia jest szare i spodziewamy się lada chwila deszczu. Jest duszno, dlatego szybko zaczynają po nas spływać krople potu. Robimy sobie krótkie, chociaż częste przerwy.

Po kilkudziesięciu  minutach wspinaczki docieramy do małej, drewnianej budki. Tam płacimy góralowi pięć złotych, dzięki czemu możemy kontynuować naszą wspinaczkę do samego szczytu. Jeśli wyrobimy się w jeden dzień, wejście na Trzy Korony będziemy mieć w tej samej cenie. Zachowujemy więc biały świstek i maszerujemy dalej, a ścieżka robi się w tym miejscu już bardzo kamienista. Razem z nami wchodzą też rodziny z dziećmi, którym jednak trzeba na tym etapie mocno pomagać.

W niedzielę rankiem jemy więc śniadanie na szczycie Sokolica. U jego podnóża wije się dumny Dunajec niczym wstążka, którą rumiana góralka zgubiła w tańcu. Tutaj znaduje się też najbardziej popularna sosna w Polsce, którą moja siostra do tej pory wspomina z podręcznika do przyrody. Kiedy czujemy pierwsze krople deszczu, wchodzimy z powrotem w las, by schować się pod rozłożystymi koronami drzew. Przed nami ostatni etap wyprawy – Trzy Korony.

Jakkolwiek najwyższy szczyt Pienin to Wysoka, tak Trzy Korony są znacznie bardziej popularne. W rzeczywistości góra ma pięć turni, które mają też swoje lokalne nazwy. Górale o tych trzech najważniejszych mówią: wysoka Kaśka, gruba Baśka i kudłata Maryśka. Wejście zajmuje nam około dwóch godzin w jedną stronę. Momentami jest naprawdę ślisko, bo deszcz ciągle kropi, jednak przez większość czasu chronią nas drzewa. Umilamy sobie czas wesołymi opowieściami i wspomnieniami z lat szkolnych, kiedy jeszcze z Bartkiem chodziliśmy do tego samego liceum.

Kiedy w końcu docieramy na szczyt, musimy chwilę zaczekać, bo na platformie widokowej mieści się wyznaczona ilość osób. Chwilę później wspinamy się po metalowych schodkach i już na samej górze wiemy, ze było warto. Chociaż spędzamy tam może pięć minut, to jednak widok wynagradza wszystko.

Uśmiechamy się i zbijamy piątkę. Misja na weekend wykonana – trzy pienińskie szczyty zdobyte!

  • hermiona158

    Super! W wąwozie Homole byłam parę razy i jest naprawdę ładny, na Trzy Korony jeszcze muszę się kiedyś wybrac 😉

    • Polskie góry są przepiękne! Ja też czasami wracam do nich kilkakrotnie 🙂