8 rzeczy, które sprawiają mi trudność w Ameryce

Kiedy przeprowadzasz się do nowego kraju, zawsze będą czekać na ciebie nowe wyzwania. Pierwszą i najbardziej oczywistą kwestią będzie bariera językowa. Możesz się go nauczyć, ale wciąż będziesz oceniał swój nowy dom przez pryzmat polskości, w której wzrastałeś i którą wpoili ci rodzice i wychowawcy. Będziesz więc porównywał czynniki klimatyczne, ludzkie zachowania, kulturę, zwyczaje, zwykłą codzienność. Osobiście szybko się adaptuję w nowym środowisku i staram się akceptować te różnice, niźli z nimi walczyć. W końcu sama zdecydowałam się na przeprowadzkę i życie w obcej kulturze. Tak było w Anglii i Irlandii, i tak jest teraz w  Stanach Zjednoczonych. Jednak po ośmiu miesiącach pobytu za oceanem, pewne rzeczy wciąż sprawiają mi trudność.

IMG_1379.JPG
Marmur w dzielnicy Greenpoint na Brooklynie, gdzie ok 50% mieszkańców deklaruje pochodzenie polskie. Nazywa się ją „Little Poland”. 

1. Fahrenheity, mile, funty… 

Kiedyś wymyśliłam sobie, że upiekę chleb. Przepis znalazłam na polskiej stronie kulinarnej i zaczęła się zabawa. Czy 400g mąki to dwa „cups”? A co z tą „table spoon”? Konwerter poszedł w ruch i napociłam się niemało. Przyznaję, że były dwa podejścia do ciasta. W końcu idealnie się kleiło, więc uformowałam bochenek i odstawiłam do wyrośnięcia. Nadeszła chwila, żeby włożyć je do piekarnika, więc ustawiłam 200° i zadowolona czekałam na końcowy efekt. Wtedy wróciła moja host-mama, pochwaliłam się, że piekę chleb, a jej pierwsze pytanie było, dlaczego taka niska temperatura. I wtedy mnie olśniło. Fahrenheit, zapytałam ze zrezygnowaną miną. Problem trwa także na siłowni, gdzie przeliczam kilogramy na funty, czy podczas planowania podróży, kiedy rozpracowuję mile na kilometry. Jeśli chodzi o temperaturę, szybko się poddałam i w ustawieniach aplikacji Fahrenheity musiały oddać pierwszeństwo Celsjuszom,

2. Wilgoć

Zawsze, kiedy ktoś pytał mnie o ulubioną porę roku, bez wahania odpowiadałam – lato! Tymczasem, sama siebie nie poznając, cieszę się na piękną jesień. Wszystko przez wilgotność powietrza, jaka tutaj panuje w okresie wakacji. Bywały takie dni, że wychodziłam na zewnątrz, usiadałam tylko na ławce i po pięciu minutach wyglądałam jak po dobrym treningu. A co dopiero przy spacerze, czy innym innym wysiłku fizycznym! W dodatku pogoda lubi oszukiwać. Jednej niedzieli zaufałam szaremu niebu i wybrałam się na jogging.  Założyłam sobie przebiec 10km, co wtedy nie było dla mnie problemem. Tymczasem już po kilkuset metrach miałam dość: przecież tu nie ma czym oddychać! Serce kołatało jak szalone, a ja znów pociłam się jakbym przebiegła co najmniej maraton.

IMG_0401.JPG
Gorące i wilgotne lato na obrzeżach Greenwich w stanie Connecticut

3. Strefy czasowe

Wiedziałam, że między Polską, a moim domem w Ameryce będzie sześć godzin różnicy, ale nie do końca zdawałam sobie sprawę, jak będzie mi to utrudniać życie. Najbardziej odczuwam tą różnicę, kiedy chcę porozmawiać z rodziną lub znajomymi w Europie. Kiedy oni kończą pracę i mogą do mnie zadzwonić, to ja jestem dopiero w jej połowie. Z kolei kiedy ja kończę swoje obowiązki, oni już najczęściej śpią. Na rozmowy pozostają nam więc zwykle weekendy. Musiałam również przestawić swój sportowy rozkład. Od kilku lat oglądam angielską Premier League i nagle okazało się, że weekendowe mecze są z samego rana, a te w tygodniu rozgrywane są po południu.  Jak dobrze, że mamy telewizor z funkcją nagrywania!

4. Podatki nie wliczone w cenę

Może cena na tej bluzce wynosi 20$, ale przy kasie i tak zapłacisz za nią 21,5$. Wszystko dlatego, że podatek od sprzedaży (ang. sales tax) nie jest wliczony w cenę produktów. I to nie tylko w przypadku ubrań, ale dosłownie wszystkiego, łącznie z żywnością, kosmetykami, karnetem na siłownię, czy  noclegiem w hostelu. Wysokość podatku różni się w zależności od stanu. Na granicy stanu Nowy Jork i New Jersey funkcjonuje wiele stacji benzynowych, stoją jedna obok drugiej i jakoś wszystkie się utrzymują. Jak to możliwe? Podatek od benzyny w New Jersey jest jednym z najniższych w Ameryce, co automatycznie kreuje niskie ceny paliwa. Dużo mieszkańców Nowego Jorku, przekracza więc granicę stanu tylko po to, żeby zatankować swoje pojazdy u sąsiadów.

IMG_2602.JPG
Hostel w Nowym Orleanie. Najbardziej nietypowy, w jakim kiedykolwiek spałam

5. Wymuszanie napiwków

Zjadasz obiad w restauracji – napiwek. Drink przy barze – napiwek. Kawa na wynos – napiwek. Obsługa hotelowa – napiwek. Taksówka – napiwek. Będą cię pytać o niego wszędzie, sugerować jego wysokość (zwykle 15-20%), a często wliczać już w cenę. Osobiście tego nie lubię, dlatego, że według mnie, kwestia napiwków to indywidualna sprawa. Inaczej doceniam osobę, która obsługiwała mnie przy obiedzie w restauracji, gdzie spędziłam godzinę, niż barmana, który wymieszał mi drinka w dziesięć sekund. Chcąc czy nie chcąc, tipuję więcej niż w Polsce, ale wciąż według własnego sumienia.

6. Kierowcy

Może nie jestem mistrzynią kierownicy, ale to co dzieję się czasami na amerykańskich drogach, przechodzi moje pojęcie. Mam wrażenie, że większość Amerykanów obyłaby się bez kierunkowskazów. Bardzo często kierowcy zmieniają pasy bez sygnalizacji, wcinając się o centymetry przed moją maskę. Najbardziej niebezpiecznie jest to przy szybkości na autostradzie. Samochody może są większe, niż w Polsce, ale to przecież nie uprawnia do przekraczania swojego pasa jazdy. Zajeżdżają nie tylko na zakrętach, ale również na prostych odcinkach. W dodatku są bardzo niecierpliwi. Spróbuj się zagapić dwie sekundy na zielonym świetle, a na pewno kilka samochodów za tobą da ci szybko o tym znać.

IMG_3518.JPG
Boston o zachodzie słońca

7. Trudno być singlem w Ameryce

Często powtarzam to sobie pod nosem, kiedy próbuję kupić jakąś drobną rzecz w sklepie. Okazuję się bowiem, że czasami nawet trudno znaleźć pojedynczego batona. Wszystkie produkty są pakowane po kilka sztuk, więc jeśli masz akurat ochotę na snickersa, musisz ich kupić od razu cztery. Bułki, ciastka, orzechy, czipsy… Butelki też jakby większe. Galon mleka a nasze standardowe dwa litry to jednak różnica. Porcja w restauracji? Zazwyczaj jest tak duża, że zjadasz połowę, a drugą pakujesz na drugi dzień na lunch. Wszystkiego tak jakby więcej, jakby za dużo…

8. Różne dziwne ograniczenia

Kiedyś dostałam sms-a od koleżanki, która dopiero przyjechała do Stanów i szukała wina w supermarkecie. Zapomnij, odpisałam i wysłałam ją do osobnego sklepu z alkoholem. Jeśli już znajdziesz to tylko kilka marek piwa, ale musisz się spieszyć, bo po 21-ej nikt ci go nie sprzeda. Możesz być w połowie dobrej imprezy, a klub wypełniony ludźmi, ale o drugiej wyłączą muzykę i wyproszą cię z lokalu. Jeśli masz szczęście i mieszkasz na granicy stanu, może zdążysz na dodatkowe dwie godziny u sąsiadów. Spacer nocą po plaży przy blasku księżyca? Nie wszędzie. Po zachodzie słońca pojawi się policyjny wóz i usłyszysz syreny, które wzywają cię do opuszczenia terenu, a brama zostanie zamknięta. I jeśli mogę zrozumieć zakazy związane z alkoholem, dlaczego ktoś zabrania mi spacerować nocą po piasku?